Kwadratura Sieci

szczypta codzienności, garść książek i kropla ekstraktu z netu

Month: Sierpień, 2009

Prawdy ostateczne? Tylko w ostateczności!

Prawdy ostateczne Ryszarda Kapuścińskiego. Ta książka to mój kandydat w konkursie na najgorszy tytuł roku 2008. Coś tak strasznie pretensjonalnego nie spotkało nawet Jana Pawła II. Choć rynek książek związanych z Ryszardem Kapuścińskim śledzę dość uważnie, tej pozycji – właśnie ze względu na tytuł – zamierzałem nie czytać. Bo niby po co brać się za książkę, skoro Autor już na okładce potrafi zirytować i zniechęcić czytelnika?

W zamian planowałem przeczytać “Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego” pióra Jarosława Mikołajewskiego. Ten tytuł też nie jest najlepszy, bo prawie każdy portret Ryszarda Kapuścińskiego, jaki powstaje jest sentymentalny, więc to żaden wyróżnik. Na pewno jednak nie brzmi to tak źle, jak te nieszczęsne “prawdy ostateczne”. Poza tym Jarosław Mikołajewski jest poetą, więc można mu wybaczyć. Niestety, “Sentymentalnego portretu…” nie było w bibliotece, więc się złamałem i wypożyczyłem “Prawdy ostateczne…” Krzysztofa Mroziewicza.

Książka zaczyna się wywodem o matce, wodzie i chlebie. Krzysztof Mroziewicz stwierdza: Bez wody [żyć - W.W.] nie można. Każdy odczuwał kiedyś pragnienie. Jeśli je można zaspokoić wszystko jedno jakim płynem, kiedy nie ma wody, robi się to w desperacji (Mroziewicz 2008: 11). Po ostatnim zacytowanym zdaniu wiedziałem już, że “prawdy ostateczne” to nie jest temat na moją głowę, a Autor chyba sam nie wie, jak wybór tematu uzasadnić. Na chwilę odzyskałem nadzieję parę stron później, kiedy przeczytałem, że “prawdy ostateczne” to “prawdy jednoczące różne kultury o odmiennych korzeniach”. Brzmi znajomo. Antropologowie zajmując się podobnymi kwestiami mówiliby o powszechnikach kulturowych. Ale do powszechników kulturowych nie zaliczyliby – może z drobnymi wyjątkami – rzeczowników, jakie wkłada tam Krzysztof Mroziewicz. Czyli, ostatecznie, mętlik.

Kilka słabych, wprowadzających stroniczek kończy Mroziewicz stwierdzeniem: Miał charyzmę w znaczeniu weberowskim: dokonał czegoś, co jest nie do pomyślenia (Mroziewicz 2008: 15). O ile dokonań Ryszarda Kapuścińskiego podważać nie zamierzam, bo od lat szanuję go niezmiernie i czytam ochoczo, o tyle Maxa Webera mógł sobie tutaj Mroziewicz darować, bo jego interpretacja charyzmy według Webera jest naciągana. Chyba że o czymś nie wiem. Ale póki co nie będę rewidował swojej wiedzy i pozostanę przy – w ogromnym uproszczeniu – weberowskim uznawaniu charyzmy za atrybut (posiadany lub przypisywany) władcy pozwalający mu legitymować swą władzę i sprawować kontrolę nad ludźmi. (Z drugiej jednak strony, faktycznie można by analizować fenomen Ryszarda Kapuścińskiego stosując weberowskie pojęcie charyzmy, ale jestem przekonany, że nie o to Krzysztofowi Mroziewiczowi chodziło, bo nic dobrego, ani dla Autora, ani dla Ryszarda Kapuścińskiego by z tego nie wyszło.)

Dalej dokonuje Mroziewicz swoistej analizy pisarskiego rozwoju Ryszarda Kapuścińskiego. W zasadzie nie jest to potrzebne, bo dużo lepiej i pełniej zrobili to Beata Nowacka i Zygmunt Ziątek w ich “Biografii pisarza” (Nowacka, Ziątek 2008), choć wspomnieć należy, że książka Mroziewicza ukazała się kilka miesięcy wcześniej. Dwa naprawdę ciekawe fragmenty, niestety krótkie (cała książka to około 120 stron tekstu) pojawiają się później. Najpierw mamy relację Autora z pierwszej wyprawy Ryszarda Kapuścińskiego do Indii. Oczywiście, Krzysztofa Mroziewicza tam wtedy nie było, ale jako znawca regionu wybitnie nadawał się na słuchacza i mógł później opowieści Ryszarda Kapuścińskiego zrelacjonować. Szkoda tylko, że tak tego mało. Drugi dobry fragment to opowieść o wizycie Ryszarda Kapuścińskiego w Indiach, kiedy Mroziewicz był tam na placówce. Tutaj jednak również spotyka nas zawód – Mroziewicz się nie rozpisuje. Można się również doszukać trzeciego ciekawego elementu – rozdzialiku “Katalog wszelkiego zła”, który jest – według mnie – opisem tego, jak Krzysztof Mroziewicz odczytuje “Cesarza”. Problem polega tylko na tym, że ten rozdzialik wziął się znikąd i kończy się absurdalnym stwierdzeniem, że [t]erroryzm można wyeliminować jedynie za pomocą stalinizmu (Mroziewicz 2008: 114).

Pojawiający się znikąd rozdzialik to nie jednorazowa wpadka. Logika wywodu szwankuje na całej linii. Widać to zresztą już w pojedynczych zdaniach: Cel nie może być prawdą ostateczną, a życie może nią być, bo jest nią śmierć, zresztą w każdej kulturze (Mroziewicz 2008: 12). Podobnie dziwaczne kostrukcje obserwujemy na przykład, kiedy pisze Mroziewicz o “obcych”, “innych” i “języku” (Mroziewicz 2008: 48). Pod koniec książki stwierdza Autor: To są prawdy ostateczne Kapuścińskiego: słowo, chleb (Mroziewicz 2008: 124). Pomijając już fakt, że na samym początku stwierdził, iż bez chleba można żyć (skoro tak, to jaka to niby, za przeproszeniem, “prawda ostateczna”?), to najbardziej boli, że te stwierdzenia wzięły się nie wiadomo skąd. Sześćdziesiąt wcześniejszych stron zapełnionych truizmami (że Kapuściński był jedyny w swoim rodzaju, że rozbrajał uśmiechem, że był nad wyraz skromny i tak dalej) można sobie było darować, bo to już napisano w kilku książkach i setkach publikacji prasowych.

W kilku miejscach tworzy sobie Mroziewicz pole do popisu. Mógłby powiedzieć coś ciekawego o Indiach, o tym, jak dziennikarze ocierają się o wywiad, wyjaśnić jakieś mechanizmy, ale – nie robi tego. Prześlizguje się po temacie. Z kolei w innym miejscu poświęca linijkę, by wyjaśnić, co oznacza słowo “empatia”. Dziękuję bardzo, ale akurat to wiedziałem!

Przez całą książkę słodzi Mroziewicz przeokropnie. Zdobył się tylko raz na stwierdzenie, że [z]a młodu uległ [Kapuściński - W.W.] wpływom Majakowskiego. Tuwim wyjaśnił mu, że to katastrofa (Mroziewicz 2008: 103). Mało, że sam nie potrafi z siebie wydusić ani jednego więcej krytycznego słowa, to jeszcze pisze tak: Jest [Kapuściński - W.W.] autorytetem w okresie burzenia autorytetów. We własnej ojczyźnie ocalał cudem. Na świecie natomiast traktują go z najwyższą estymą (Mroziewicz 2008: 115). Nie wiem, w jakim kraju żyje Mroziewicz, ale w Polsce, tu gdzie ja żyję, Kapuściński ma się cholernie dobrze (oczywiście, jak na pisarza). Na każde nieprzychylne słowo znajdzie się tysiąc czołobitnych. Jego nazwisko słyszałem wszędzie – od sal wykładowych, przez rozmowy przy piwie, po prośby o pożyczenie książki. Co do najwyższej estymy na świecie, to albo Mroziewicz nie wie o istnieniu internetu, albo – kłamie. Najlepsze teksty krytyczne powstawały za granicą, a nie w Polsce. Wystarczy przeczytać, co dla Times Literary Supplement napisał John Ryle. Trochę komiczne, ale jednak prawdziwe, są również oskarżenia o rasizm padające pod adresem Kapuścińskiego z ust Afrykańczyków. Naprawdę nie trzeba szukać daleko, by tę mocno naciąganą tezę wsadzić między bajki.

Inne minusy, pokrótce, to: autoreklama (bezsensowne – z punktu widzenia czytelnika – listy od RK do KM, z których dowiadujemy się tylko tyle, że KM jest wspaniały), partykularyzm (znalazło się miejsce dla Kaczyńskiego i Macierewicza, raz z nazwisk, a za drugim razem per fanatycy-rewolucjoniści moralni, psia ich mać, co ja uznaję za ujmę dla Ryszarda Kapuścińskiego, bo gdzie jak gdzie, ale tutaj mógł sobie Mroziewicz lanie po pyskach z wrogami odpuścić), powtórzenia (np. dwa razy, że RK rozbrajał uśmiechem, a poza tym powtarzanie w kółko tego, co po śmierci RK powiedziano w prasie wielokrotnie; ktoś kto był bliskim znajomym Ryszarda Kapuścińskiego powinien umieć powiedzieć coś więcej).

Podsumowując – książka słaba i nie polecam. Lepiej pójść na spacer.

Mroziewicz, Krzysztof. 2008. Prawdy ostateczne Ryszarda Kapuścińskiego, Warszawa: Wołoszański.

Drugie spotkanie z Terzanim

Pierwsza książka Tiziano Terzaniego, jaką przeczytałem, zaczynała się od przepowiedni: jeśli w 1993 roku wejdziesz na pokład samolotu – zginiesz.

Przepowiednia? Nic wielkiego.

Ale autor podporządkował się jej. Zmienił tryb życia, sposób funcjonowania. Odstawił na bok samoloty i helikoptery, a w zamian – przesiadł się na statki, kolej, samochody. Dla reportera to duża zmiana. Szczególnie w Azji. Jak w takiej sytuacji dotrzeć w miejsca, gdzie akurat coś się dzieje, gdzie trzeba znaleźć się przed konkurencją, gdzie nikt nie zwleka, nie czeka, bo gorączka jest zbyt duża, moment zbyt ważny? W takiej sytuacji tygodnie oczekiwania na statek, albo dni stracone na wędrówce przed dżunglę to absurd tak dla czytelników, jak i dla samego reportera, a już na pewno dla redakcji czekającej na tekst.

Akceptując azjatyckie zasady gry – sprzeczne z jego zawodem i, do pewnego stopnia, przekonaniami – Terzani musiał zmienić podejście, sposób patrzenia na świat, a to, co miało być przeszkodą – zamienić w swój atut. Dlatego przepowiednia staje się pretekstem do odbycia podróży innej niż zwykle. Bez dziennikarskiego pośpiechu, z dala od reporterskiego tłumu.

Pod tym względem druga książka – Nic nie zdarza się przypadkiem – jest podobna. Zaczyna się od diagnozy: ma pan raka.

Rak? Oto kolejny powód, by odbyć podróż inną, niż pozostałe.

W obydwóch książkach obecna jest idée fixe Terzaniego: człowiek Zachodu, wkraczając na autostradę nauki, zbyt łatwo zapomniał o ścieżkach swej dawnej mądrości i teraz, podbijając ze swoim modelem nowoczesności Azję, ryzykuje, że również tam doprowadzi do zniknięcia ogromnej części wiedzy związanej z miejscowymi tradycjami (Terzani 2008b: 12). Sam Terzani oddaje się jednak w ręce “naprawiaczy” z jednej z najlepszych nowojorskich klinik. Zawierza więc nauce, rozumowi. Pomiędzy kolejnymi etapami leczenia jeździ po świecie i ogląda, jak inni radzą sobie z rakiem.

Ociera się o homeopatię we Włoszech i USA, zapisuje na kurs reiki w Indiach, podąża śladami zielarzy, przygląda się medycynie tybetańskiej, na wyspie u wybrzeży Tajlandii poddaje się kuracji polegającej na poszczeniu i płukaniu jelita grubego, w Australii pobiera lekcje quigong u byłego agenta CIA, który przeszedł na stronę Wschodu, w okolicach San Francisco spędza czas w ustroniu dla chorych na raka, uprawia jogę, szuka magicznych chińskich grzybów, bada lecznicze właściwości piramid, zapoznaje się z ajurwedą, na Filipinach poddaje się “operacji” prowadzonej przez specjalistę od “chirurgii psychicznej”, dociera do człowieka leczącego metalami. To tylko część wyliczanki, w której new-age’owe wariactwo przeplata się z leczniczymi tradycjami całego świata.

Terzani towarzyszy innym chorym szukającym lekarstwa, ale jego uczestnictwo jest nieszczere. Sporządzonych specjalnie dla niego mikstur nie używa, sprowadzone lekarstwa odkłada na bok, swoją chorobę często ukrywa, do kolejnych kuracji podchodzi sceptycznie, czasem odkrywając ich – z racjonalnego punktu widzenia – nonsens.

Kieruje nim raczej ciekawość, niż chęć uratowania siebie. Dla siebie robi co innego – szuka ciszy, spokoju, harmonii. Spędza całe miesiące w pustelniach, zamyka się na odludziu w kamiennym domku z widokiem na Himalaje. Cały czas jednak pozostaje Europejczykiem. Wewnętrzną pustkę zagłusza ciekawością świata. Po 11 września opuszcza chatę, leżącą u podnóża Dachu Świata, jedzie do Pakistanu i Afganistanu, i pisze swoje Letters Against the War.

Wyjeżdża też do Nowego Jorku, do swoich “naprawiaczy”. W końcu dowiaduje się jednak, że już niewiele mogą zrobić. Nowa terapia da mu co najwyżej 6 miesięcy życia. Odmawia. Na odchodne lekarz mówi: Jeśli za rok będzie się pan tu jeszcze kręcił, przejdzie pan do historii medycyny (Terzani 2008b: 708). Terzani wraca w Himalaje. Z daleka od świata poddaje się jedynej terapii, w którą naprawdę wierzy: szuka ładu wewnętrznego i harmonii ze światem. I przechodzi do – niespisanej przez naprawiaczy – historii medycyny.

Terzani, Tiziano. 2008. Nic nie zdarza się przypadkiem. Warszawa: Świat Książki.

Socjalizacja pierwotna. FAIL

Zasłyszane.

Tato, a dziadek powiedział, że jak uzbieram pięćdziesiąt cztery puszki to dostanę za nie trzy pięćdziesiąt!