Kwadratura Sieci

szczypta codzienności, garść książek i kropla ekstraktu z netu

Month: Wrzesień, 2011

#OccupyWallStreet. Rewolucja w USA

Źródło: kasamaproject.org

Przeglądam archiwa z ostatnich dni na Gazeta.pl – nic. Przeklikuję się przez podstrony na RP.pl – ani śladu. Zaglądam na główną CNN.com – jest, znajduję wzmiankę o demonstracjach, jakie od 17 września trwają w Nowym Jorku: #occupywallstreet group mimics Iran. Ale gdzie ta informacja! W dziale “technologia”, czyli w ostatnim okienku z informacjami, na samym końcu strony! Wydźwięk oczywisty: to nie protest, to nie rewolucja, to tylko taka ciekawostka, że ktoś nawołuje na Twitterze, żeby przyjść na Wall Street. Na NYTimes.com trochę lepiej: w najszerszej kolumnie, szósty link od góry: Gunning for Wall Street, With Faulty Aim i od razu pod tytułem teza dziennikarki: Demonstrators on Wall Street this week seemed to lack hard knowledge about the system they were fighting. I choć teza – moim zdaniem – w dużej mierze słuszna, to framing, bądźmy szczerzy, reżimowy. Trochę więcej napisał The Guardian i New  York Daily News. Wydarzenia zrelacjonowała też Al-Jazeera.

Krąży po necie taki – nie do końca prawdziwy – cytat z Noama Chomskiego: Any dictator would admire the uniformity and obedience of the [U.S.] media. I jest w tym fałszywym cytacie dużo prawdy, bo kiedy w mediach cisza, na Wall Street policja siłą usuwa protestujących, Amerykanie organizują protesty w całych Stanach w ramach solidarności z demonstrującymi i aresztowanymi w Nowym Jorku, rewolucyjnie blogują, tweetują, postują ‘iconic photos’ z aresztowań, tworzą agitacyjne grafiki i grupy na FB. To, co się dzieje w Nowym Jorku można także oglądać na żywo tu. Oglądałem m.in. fragment, kiedy różni ludzie kolejno mówili, co myślą, a wszyscy zgromadzeni powtarzali zdanie po zdaniu ich słowa; bardzo ciekawa rzecz – w ten sposób nie tylko buduje się morale grupy, podtrzymuje wspólnotowego ducha, ale można również wyłonić lidera, ktogoś z charyzmą.

Intelektualnie nie powinni mieć Amerykanie problemu z określeniem, o co im chodzi. Mieli – o czym wie każdy, kto od jakiegoś czasu czyta tego bloga – Howarda Zinna (zm. 2010), mają Noama Chomsky’ego, jest Michael Moore, mogą (trochę) czerpać z niedawnego Fukuyamy (vide teza, że kluczowa miara zdrowia współczesnej demokracji to zdolność państwa do pobierania podatków od elit), mają bogatą literaturę krytyki systemu, której wysyp nastąpił po 2008 roku itd., itp. Mają więc co czytać i szybko powinni zabrać się do roboty, bo patrząc na to, co się dzieje w necie, cel tej całej zabawy nie jest jasny. Niektórzy chcą “obalić kapitalizm”, inni chcą zatrudnienia w ramach systemu. Jedni domagają się “sprawiedliwości”, innym zależy tylko, żeby benzyna była tańsza. Ktoś krzyczy, żeby zlikwidować banki, ktoś inny – żeby banki zostały, łącznie z elitami, ale żeby “służyły ludziom”.

Czy wspólny cel jest naprawdę taki ważny? Howard Zinn pisał, że mimo wielkiego rewolucyjnego potencjału wbudowanego w system społeczny USA już u jego zarania, uciskane grupy nigdy go nie zrealizowały, bo elitom udawało się utrzymywać je w stanie dezorganizacji. Dzięki temu np. niewolnicy z Afryki, Indianie i biała służba nigdy się nie dogadali, i nie zagrozili swoim ciemiężycielom, choć mieli ten sam problem i wspólnie mogli go rozwiązać. Gdybym był jakimś prezesem siedzącym w gabinecie gdzieś na najwyższym piętrze wieżowca na Manhattanie, wydałbym trochę forsy na maszynkę monitorującą poziom zgodności deklaracji, jakie ludzie składają na Twitterze. Przy dużym poziomie zgodności opinii, że trzeba powiesić bankierów za szelki, dzwoniłbym po helikopter; przy niskim – siedziałbym spokojnie w fotelu, palił cygaro, pił whisky i kupował jachty na eBayu. Amerykanie będą przegrywali ze swoimi elitami tak długo, aż nie odrobią tej lekcji z Zinna.

Nowy Jork, wrzesień 2011:

Aktualizacja: powyższy film skasowano, jeszcze jeden z Nowego Jorku:

***

W mięsnym. Przede mną w kolejce matka z kilkuletnią córką. Dziewczynka ubrana cała na fioletowo: ma fioletowe buty, fioletową spódniczkę i fioletowy sweterek. Do tego dźwiga wielki – fioletowy! – szkolny plecak. Ten z rodzaju “2 x szerokość ramion”. Matka ściąga z lady i pakuje do torby zważone mięsiwa. Gdy rodzicielka nie patrzy, córka wyciąga z torby zawiniętą w folię pierś kurczaka, miętoli ją w dłoniach i piszczy radośnie na cały sklep: Hihi, cycki! Jak ja lubię takie cyce! Zdegustowana matka wyszarpuje jej kurze cyce z rąk, chowa do torby, chwyta dziecko za ramię, nachyla się i gani przez zaciśnięte zęby. Córka nie przejęła się reprymendami. Widzę, jak stoi przed szybą chłodziarki i z miłością spogląda na schab bez kości. Przez chwilę myślę przerażony, że jej ojciec musi być Austriakiem, Fritzlem jakimś, a ten fiolet jej ubrania wydaje mi się teraz trupio-siny. Po chwili się uspokajam: pewnie to dziecko nigdy w życiu nie widziało żywej kury dziobiącej ziemię na podwórku i dlatego nie dostrzega związku między żywym zwierzęciem a filetem z piersi kurczaka. …i to przeraża mnie jeszcze bardziej.

*

Ciekawa uwaga w foto-opowieści Ziemowita Szczerka o – wciąż żywej – radzieckiej estetyce:

W poradzieckich krainach bowiem pełno jest tej – przez jednych znienawidzonej, dla innych swojskiej – radzieckości. To coś nie do końca uchwytnego, to pewna przestrzeń w której estetyka i jakość życia jest fanaberią. W której piękno się sygnalizuje, a nie materializuje. Pomalowany na biało połupany krawężnik nie jest ładny. Ale odbiorca dostaje sygnał: jest pomalowany, więc spełnia rolę ładnego. Radzieckość to erzac estetyki. (źródło: Światowidz.pl).

*

Dzienniki Zinaidy Gippius (2010). 1914 rok, wybucha wojna. Jeśli pisać, pozostało jedno – prostota (s. 27). Jedyne, co można tutaj z sensem zapisywać – to drobiazgi. Rzeczy wielkie zapiszą bez nas (s. 29).

Literatura pozwalająca zrozumieć: “Dzieci Arbatu” Rybakowa

Historyk, pisząc o wielkim terrorze stalinowskim z lat 30. XX wieku, zacznie tak: Niespełna rok po XVII Zjeździe, 1 grudnia 1934, w Leningradzie, w siedzibie miejscowych władz partyjnych – Pałacu Smolnym – od skrytobójczej kuli zginął Kirow (Bazylow, Wieczorkiewicz 2005: 435). Pisarz, chcąc uchwycić to, co najważniejsze – na śmierci Kirowa swoje dzieło zakończy. Tak zrobił Anatolij Rybakow w Dzieciach Arbatu (1989).

Historyk zreferuje krytycznie literaturę przedmiotu, przeanalizuje źródła, pokaże oficjalne dokumenty, pozaznacza miejsca na mapie, zadba o chronologię i skonfrontuje relacje. Pisarz w zamian odda klimat epoki, wwierci się w ludzką psychikę, postara się dotrzeć do motywacji, obaw, powodów; pokaże, jak – powoli, niezauważenie – zmieniają się normy społeczne, jak niedozwolone staje się zwyczajem, jak niemoralne staje się obojętnie przyjmowaną oczywistością. Tak zrobił Anatolij Rybakow w Dzieciach Arbatu.

Historyk powoła się na dane z urzędów, źródła prasowe, opublikowane autobiografie pisarzy, wspomnienia polityków. Będzie je cytował, konfrontował, oceniał ich wiarygodność. Pisarz opowie historie ludzi bez głosu: studentów, matek, niepiśmiennych wieśniaków, kochanek, szeregowych pracowników (czy to kreślarek, czy NKWDzistów); pokaże, jak wszystkie te zwyczajne życia się przenikają i wzajemnie na siebie wpływają, jak te zależności między ludźmi zmieniają się, gdy zmienia się sytuacja społeczna. Tak zrobił Anatolij Rybakow w Dzieciach Arbatu.

Rybakow zrobił jeszcze jedno: w przekonujący sposób naszkicował portret psychologiczny Stalina. Pokazał, co musiało się dziać w jego umyśle, że zainicjował czystki. Pokazał znaczenie jego doświadczeń z dzieciństwa i młodości. Pokazał, co mógł myśleć o ludziach ze swojego najbliższego otoczenia (i co oni mogli myśleć o nim), co mogły oznaczać jego gesty, prawie niezauważalne zmiany nastroju. Bo wielka czystka nie zaczęła się od zastrzelenia Kirowa. Co było przedtem? Co poprzedziło ten zamach, będący umownym początkiem epoki wielkiego terroru? Dlaczego w ogóle do niego doszło? Przeczytajcie Dzieci Arbatu.

Moskwa. Wejście na Stary Arbat jedną z ulic prowadzących od Nowego Arbatu

Rybakow, Anatolij. 1989. Dzieci Arbatu, Warszawa: Iskry.