Kwadratura Sieci

szczypta codzienności, garść książek i kropla ekstraktu z netu

Month: Styczeń, 2012

Jacek Żakowski dowiaduje się o ACTA!

Wyborczej Jacek Żakowski pyta: ”Kiedy dowiedzieliście się państwo, że istnieje coś takiego jak ACTA?”.

To jest źle postawione pytanie. Pytanie brzmi: kiedy Jacek Żakowski powiedział czytelnikom, że istnieje coś takiego jak ACTA? Dzisiaj. A kiedy powinien był to zrobić? 4 lata temu. Prace nad ACTA nie trwają od tygodnia. O tym, że ten szemrany proces się toczy było wiadomo od 4 lat. Dla dziennikarzy to powinien być powód do wstydu, że obudzili się z ręką w nocniku. Jacek Żakowski nie powinien pytać, kiedy się ludzie o ACTA dowiedzieli. On powinien się tłumaczyć, dlaczego wcześniej nie zwrócił na to ich uwagi. Dlaczego wcześniej jako dziennikarz nie zajął się tym, że proces stanowienia prawa wygląda w Polsce tak mrocznie, jak wygląda.

No i druga rzecz: wina nie leży tylko po stronie dziennikarzy, ale też słabego społeczeństwa. Ludzie też mogliby czasem się zainteresować, co się w państwie dzieje. Narzędzia są. I co? Klops. Czy mi się tylko wydaje, czy cały społecznościowy raban zaczął się, kiedy wyłączono megaupload i nie można było wieczorkiem ściągnąć serialu? Żeby nie było, że jestem gołosłowny, u Vagli pierwszy wpis o ACTA miał miejsce w maju 2008. Był czas, żeby protestować? Był.

Pora zmienić młotek? Złożoność świata vs prostota Metody

Ciekawy tekst Jonaha Lehrera w “Wired”: Trials and Errors: Why Science Is Failing Us. Teza: stoimy obecnie przed zbyt złożonymi problemami, żeby dało się je rozwiązać przy pomocy redukcjonistycznej metodologii, jaką stosujemy, by się z tymi problemami zmierzyć. Oczywiście, Lehrer nie odkrywa Ameryki (wśród popularno-naukowych omówień można wskazać np. Horgan 1999). Postęp naukowy polega na tym, że próbuje się robić coraz bardziej skomplikowane rzeczy i dlatego od lat rozwijana jest teoria systemów, teoria sieci, czy matematyka chaosu.

Jednak w praktyce wciąż stara, dobra metoda wyszukiwania prostych korelacji między zmiennymi stosowana jest najczęściej. Z założenia jednak nie jest doskonała. A w przypadku złożonych systemów można się zastanawiać, czy w ogóle jest adekwatna. Weźmy medycynę. W im bardziej skomplikowany sposób próbuje się ingerować w organizm człowieka – tym więcej to kosztuje, dłużej trwa, jest bardziej niepewne i ryzykowne, a do tego efekty są wątpliwe (znikomy wpływ na zwiększenie przewidywalnej długości życia).

Nie mówię tego z rezygnacją. Taki stan rzeczy powoduje, że nauka wciąż jest fascynująca i ma przed sobą wielkie przełomy i odkrycia, i to na najbardziej fundamentalnym poziomie samej Zasady/Metody. Chyba, że wcześniej zgładzą nas nieprzewidziane skutki stosowania obecnej metody naukowej, bo – jeśli rozejrzeć się dookoła, widać, że gramy all-in. A o tym, że możemy odejść od stołu z niczym, bo takich nieprzewidzianych skutków nie brakuje, jest tekst Lehrera. I dlatego poniżej rekonstruuję tok jego wywodu.

Obowiązuje tradycyjne ostrzeżenie: poniżej przedstawiam tok rozumowania autora omawianego tekstu, ale robię to po swojemu, swoimi słowami, czasem dodając coś od siebie; moim celem nie jest przetłumaczenie tekstu, tylko wyciągnięcie z niego tego, co mnie interesuje. Zaczynamy:

  • W 2006 roku firma Pfizer wycofała się z badań nad substancją o nazwie torcetrapib, która miała zrewolucjonizować leczenie miażdżycy. Badania trwały 15 lat i kosztowały miliard dolarów, ale jak się okazało, zażywanie torcetrapibu zwiększało śmiertelność pacjentów o 60% (w badaniach wzięło udział 25000 osób).
  • Fatalne skutki stosowania tej substancji były wielkim zaskoczeniem, bo mechanizm działania torcetrapibu miał być banalnie prosty. Zakładano, że jeśli zwiększy się poziom “dobrej” (BP, NMSP) lipoproteiny HDL, działającej przeciwmiażdżycowo, jednocześnie zmniejszając poziom “złej” lipoproteiny LDL, obudowującej ściany tętnic cholesterolem – problem miażdżycy zostanie znacząco zredukowany.
  • Założone przez naukowców – jak mogłoby się wydawać: doskonale logiczne – relacje przyczynowo-skutkowe w rzeczywistości nie zachodziły. Wyjątek? Lehrer powołuje się na one recent analysis i stwierdza, że ponad 40% leków nie przechodzi tej – ostatniej – fazy testów.
  • Dlaczego? Bo nauka – nie tylko farmacja i nie tylko biologia – opiera się na założeniu, że zrozumienie pojedynczych relacji między zmiennymi (więcej HDL oznacza mniej cholesterolu; mniej LDL oznacza mniej cholesterolu) przekłada się na rozumienie działania całego systemu, w którym te pojedyncze zależności zachodzą, w tym wypadku – na rozumienie działania organizmu człowieka [w socjologii przykładem mogą być próby wyjaśniania wybuchów zamieszek w danym społeczeństwie przy użyciu jednej zmiennej, na przykład współczynnika Giniego, określającego poziom nierówności społecznych; skutki są takie, że równie dobrze moglibyśmy rzucać monetą].
  • Sprawa jest po stokroć bardziej skomplikowana, a nasze myślenie o przyczynach chorób (i przyczynach w ogóle) oraz o sposobach ich leczenia, czyli przyczynach zdrowienia – to w wielu przypadkach niewiele więcej, niż zwykłe myślenie życzeniowe.
  • Czy to nowe odkrycie? Nie. Co najmniej od czasów krytyki idei przyczynowości dokonanej w XVIII w. przez Davida Hume’a wiemy, że mamy skłonność do postrzegania/tłumaczenia następujących po sobie wydarzeń w taki sposób, jakby łączył je związek przyczynowo-skutkowy.
  • Obrazują to badania belgijskiego psychologa, Alberta Michotte’a, przeprowadzone po raz pierwszy w latach 40. XX wieku. Michotte stworzył kilkusekundowe filmiki, na których widać niebieską i czerwoną kulkę. Badani oglądali filmy i opowiadali co widzą. Widzieli przemieszczającą sie czerwoną kulkę. W pewnym momencie ta kulka dotykała kulki niebieskiej i zatrzymywała się. W tym czasie niebieska ruszała w tym samym kierunku, w którym wcześniej przesuwała się kulka czerwona. Jakie wnioski wyciągali badani? Kulka czerwona uderzyła w kulkę niebieską i spowodowała, że ta zaczęła się ruszać [można to zobaczyć tutaj]. Oczywiście, ludzka zdolność do dopisywania przyczynowej “fabuły” do filmów o kulkach szła znacznie dalej. Gdy mniejsza kulka przemieszczała się przed większą kulką – badani twierdzili, że większa kulka ściga mniejszą. Z kolei, gdy większa poruszała się jako pierwsza – badani twierdzili, że mniejsza podąża za większą. W rzeczywistości jedna kulka nie wywoływała ruchu drugiej, żadna kulka żadnej kulki nie goniła, ani za nią nie podążała – te teorie zawdzięczamy tylko mechanizmom naszej  (czasem wadliwej) percepcji.
  • Oczywiście, teorie, jakie dopisujemy do tego, co widzimy, bardzo często trafiają w sedno, działają, pozwalają nam funkcjonować i przetrwać, a także – tworzyć fascynujące urządzenia dające/odbierające, ułatwiające/komplikujące, urozmaicające/banalizujące życie. Problem jednak w tym, że obecnie zajmujemy się próbami zrozumienia i ingerowania w systemy tak skomplikowane (ludzkie ciało, ludzki mózg, społeczeństwo), że ta prosta heurystyka przestaje działać.
  • Dlatego posługujemy się statystyką. Godzimy się, że dostrzeżone przez nas relacje nie występują zawsze. Wystarczy, że zachodzą przeważnie. Przyczynowość zastępujemy korelacją. Tyle tylko, że proste korelacje między wyizolowanymi zmiennymi, jakie odkrywane są w laboratoriach, mogą się nie powtórzyć w swoich naturalnych, dużo bardziej skomplikowanych, środowiskach (takim środowiskiem może być ludzkie ciało).
  • Dlatego wyprodukowanie nowego leku kosztuje dziś 100 razy więcej (uwzględniając inflację) i trwa trzy razy dłużej niż w 1950 roku. Produkowanie nowych leków przestaje się opłacać (wróćmy do torcetrapibu: badania kosztowały 1 miliard dolarów, ale informacja o zaprzestaniu badań spowodowała, że wartość akcji Pfizera spadła o 21 miliardów dolarów).
  • Inny przykład chybionej relacji przyczynowoskutkowej: ból pleców. Amerykanie wydają rocznie 90 miliardów dolarów na walkę z bólem pleców (w zasadzie tyle samo wydają na walkę z rakiem). Sprawa wydaje się prosta, ale złożony system składający się z kręgosłupa, rdzenia kręgowego, elementów aparatu kostno-mięśniowego i nerwów to jedna wielka zagadka. Określenie, co dokładnie sprawia ból to prawie wróżenie z fusów i dlatego – do lat 70. XX w., kiedy zastosowano w medycynie rezonans magnetyczny – najskuteczniejszym sposobem leczenia bólu pleców było nic nierobienie. Wykorzystanie MRI pozwoliło jednak na diagnozowanie, że ból pleców wynika z ucisku na rdzeń i korzenie nerwowe.
  • I tu pojawia się problem, bo nim zaczęto diagnozować problemy wykrywane przy użyciu MRI – nie skalibrowano narzędzia. To znaczy – to, co diagnozowano, jako przyczynę bólu pleców, występowało również u osób, których plecy nie bolały. Lehrer powołuje się między innymi na tekst opublikowany w 1994 roku w The New England Journal of Medicine, w którym poddano rezonansowi magnetycznemu 98 osób i w efekcie u 2/3 w pełni zdrowych badanych zdiagnozowano “poważne problemy”, które powinny objawiać się bólem pleców. To, co lekarze odczytywali z obrazów MRI to niewiele więcej, niż to, co “widzieli” badani przez Alberta Michotte’a ludzie, którzy dopisywali własną interpretację do ruchu kulek. Dlatego obecnie American College of Physicians oraz American Pain Society mocno zalecają, aby lekarze nie korzystali rutynowo z MRI przy diagnozowaniu bólu pleców. (najnowsze badania wskazują, że przyczyną bólu pleców może być palenie lub depresja, ale jeszcze piekielnie daleka droga do zrozumienia dokładnego łańcucha relacji przyczynowo-skutkowych, które do tego prowadzą, jeśli w ogóle da się to w ten sposób, “liniowo”, opisać).
  • W tekście Lehrera nie może zabraknąć odwołania do Johna Ioannidisa [polecam również ten tekst z The Atlantic i stronę domową Ioannidisa; można się z niej łatwo przeklikać do tekstów], który zajmuje się demaskowaniem metodologicznych słabości nauk medycznych. Pomijając fragment z tekstu Lehrera, pokazujący, że to zjawisko o dużej skali, podaję przykład: przez kilka dekad zakładano związek między homocysteiną a chorobami serca. Tekst, który wykrył tę zależność cytowano w literaturze medycznej ponad 1800 razy. Lekarze przepisywali witaminę B, by obniżyć poziom homocysteiny. Jednak w 2010 roku opublikowano wyniki badań (w ciągu 7 lat zbadano 12064 przypadki), z których wynika, że obniżenie poziomu homocysteiny nie obniża ryzyka zawału serca. Kolejna zależność, której nie było.
  • Oczywiście, tak rozwija się nauka. Błędne założenia i wnioski są weryfikowane i zastępowane lepszymi. Na tym polega postęp i postęp dokonuje się bez przerwy. To, że odkrywane są rozmaite pomyłki – to świadczy tylko o tym, że mechanizmy weryfikacji wiedzy naukowej działają jak należy. Zadziwia tylko skala pomyłek (które można przeliczać zarówno na dolary, jak i na ludzkie życia). Lehrer przywołuje badanie, w którym poddano analizie 432 założenia o związkach między obecnością wybranych genów a ryzykiem występowania określonych chorób. Spośród 432 założeń tylko 1 (sic!) jedno dało się rzetelnie zreplikować w innych badaniach. W innej metaanalizie sprawdzono 49 najczęściej cytowanych (a więc bardzo cenionych przez społeczność uczonych) tekstów omawiających wyniki badań klinicznych, opublikowanych w latach 1990-2003. W ponad 40% przypadków okazało się, że wyniki te albo były całkowicie błędne, albo znacząco niepoprawne.
  • Czy to dziwne? Nie. Po prostu nie mamy narzędzi, by odkryć, zrozumieć i kontrolować wszystkie zmienne, które mogą wpływać na końcowy efekt zależnych od siebie relacji zachodzących w złożonych systemach, w które ingerujemy.
  • Według szacunków Centers for Disease Control and Prevention w XX wieku średnia długość życia Amerykanów wydłużyła się o około 30 lat. Z tej liczby 25 lat zawdzięczają Amerykanie dwóm zwyczajnym zabiegom: poprawie czystości wody pitnej i poprawie warunków sanitarnych. Na tym tle wieloletnie, miliardowe zabiegi związane z rozwijaniem zaawansowanych metod wydłużania życia przynoszą marginalne korzyści. A im wyżej na tę górę wchodzimy – tym mniej owoców, tym mocniej wieje, tym bardziej ślisko i łatwiej spaść.

Patrz też:

Ile człowieka w “Hombre Kapuścińskim”?

Ryszard Kapuściński (źródło: http://kapuscinski.info)

Hombre Kapuściński Mirosława Ikonowicza. Jeszcze jedna książka o Ryszardzie Kapuścińskim. Gdy zabrałem się za lekturę, P. spojrzała krzywo i powiedziała: Po co czytać TAKIE książki, skoro do przeczytania jest tyle wielkiej, światowej literatury? Dobre pytanie.

Książki Kapuścińskiego znam całkiem nieźle. Dzięki temu, że je znałem – zdałem pisemną i ustną maturę, a także dostałem się na studia. Uważam, że mój styl pisania (bycia, myślenia) jest do pewnego stopnia tą znajomością naznaczony. Ale dwie sprawy związane z Ryszardem Kapuścińskim, jego książkami i tym, co się o nim i o nich mówi, od dawna mnie intryguje/irytuje.

Po pierwsze – w książkach RK jest mnóstwo białych plam, zagadnień nieopisanych, pominiętych (część z woli autora, a część ze względu na uwarunkowania, w jakich przyszło mu pisać). Po drugie – RK już za życia był poddawany wazeliniarskim zabiegom upomnikawiającym i autorytetotwórczym (co wiązało się z zamiataniem wielu ciekawych pytań pod dywan).

I właśnie w nadziei, że część tych białych plam uzupełnię, że na część pytań znajdę odpowiedź – czytam TAKIE książki. Od czasów Po Nastaniu Bloga przeczytałem trzy: mizerne Prawdy ostateczne Ryszarda Kapuścińskiego Krzysztofa Mroziewicza (2008), wart uwagi Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego Jarosława Mikołajewskiego (2008), oraz epokowego Kapuścińskiego non-fiction Artura Domosławskiego (2010). Artur Domosławski zrobił to, czego nie zrobili inni: pokazał Kapuścińskiego bez zwyczajowej marynaty nadczłowieka i uberautorytetu oraz udowodnił, że jego książki da się nie tylko wychwalać, ale można próbować je również przemyśleć (niestety – sam Kapuściński wolał chyba być czytany i wychwalany niż przemyśliwany i dyskutowany).

A zatem – czy Hombre Kapuściński coś wnosi?

Tak. Mirosław Ikonowicz (ur. 1932; dziennikarz-ikona i korespondent PAP od 1953 roku; od 1952 znajomy, a później – przyjaciel RK) wykorzystuje swoje atuty: podobne do RK doświadczenia w dzieciństwie, wspólne studia, znajomość realiów pracy korespondenta w Afryce i Ameryce Południowej. Wiedzę o wyprawach Kapuścińskiego omawia też przez pryzmat obecnej wiedzy o wydarzeniach, które RK relacjonował (np. w oparciu o dane z odtajnionych archiwów).

Tłumaczy, między innymi, dlaczego (najprawdopodobniej) spełnił RK rolę pożytecznego idioty, gdy podróżował przez Boliwię śladami Che Guevary i gdy tłumaczył jego dziennik. Pokazuje mechanizmy, jakie mogły prowadzić do inscenizowania przed RK scen, w których wydawało się, że grozi mu niebezpieczeństwo, ale jakimś cudem wychodził z nich cało. Właśnie to dodawanie kontekstu (do dzieciństwa, do studiów, do pracy w PAP oraz do pracy na placówce) stanowi główną wartość książki.

Gdy zobaczyłem Hombre Kapuścińskiego po raz pierwszy, miałem spore obawy. Po pierwsze – że będzie to mdła przyjacielska laurka-literaturka. Po drugie – odrzuciło mnie motto z… Paulo Coelho. Gdyby Mirosław Ikonowicz utrzymał ton uduchowionych literackich balsamów z (trafnego) cytatu zapożyczonego od natchnionego Brazylijczyka – byłby wielki niewypał. Tak się na szczęście nie stało.

Mimo tego, Mirosław Ikonowicz nie uniknął powtarzania pewnych mitów związanych na przykład z legendarnym sprawdzaniem przez RK każdego faktu w różnych źródłach (por.: s. 227), ale jest ich na tyle niewiele, że nie jest to natarczywe (choć ich ilość rośnie im bliżej końca książki).

Być może byłoby gorzej, gdyby nie powstała książka Artura Domosławskiego. Ale ponieważ Domosławski zrobił to, co zrobić należało, Mirosław Ikonowicz mógł bez skrępowania i bez obalania tabu pisać na przykład o szczerym młodzieńczym zaangażowaniu Kapuścińskiego w Związku Młodzieży Polskiej, czy o trudnych stosunkach z córką.

Na koniec – anegdota (w książce jest ich sporo). W Angoli obydwaj – przy różnych okazjach – otarli się o śmierć. Udało im się jednak przeżyć i wrócić do Polski:

…spotkaliśmy się na opłatku redakcyjnym z naszym szefem i przyjacielem Michałem Czarneckim. Zwierzaliśmy się Michałowi, że bywały w Afryce różne sytuacje, ale człowiek zawsze się pocieszał: w razie czego przynajmniej rodzina będzie miała dobrze, dostanie spore odszkodowanie. Jakoś nigdy o to nie pytaliśmy kierownictwa, ale wydawało nam się oczywiste, że jesteśmy dobrze zaasekurowani przez Agencję, podobnie jak nasi zachodni koledzy jeżdżący do Afryki w charakterze korespondentów wojennych. Michał na to:
- Goście, w ogóle nie byliście ubezpieczeni! (Ikonowicz 2011: 177)

Ikonowicz, Mirosław. 2011. Hombre Kapuściński, Warszawa: Rosner i Wspólnicy sp. z o.o.