Kwadratura Sieci

szczypta codzienności, garść książek i kropla ekstraktu z netu

Month: Luty, 2012

Złe prawo, zły internet i źli piraci? Nie, zły produkt

To, czego trochę mi zabrakło ze strony młodych w ich proteście przeciwko ACTA, to próby przedefiniowania sytuacji. Młodzi zorientowali się, że rząd pomaga korporacjom w walce z piractwem i przeciw tej współpracy zaprotestowali. Ale powinni pójść o krok dalej – powinni domagać się od rządu pomocy w naciskaniu na korporacje, aby te umożliwiały internautom konsumpcję kultury tymi kanałami, z których internauci faktycznie korzystają.

Jednym zdaniem – rząd, zamiast pomagać korporacjom poprzez rozbudowywanie systemu ograniczeń prawnych, powinien pomagać internautom poprzez wymuszanie na korporacjach takich zmian w ich funkcjonowaniu, aby internauci mieli możliwość konsumowania kultury bez łamania prawa. Albo jeszcze prościej – rząd powinien pomagać obywatelom w kreowaniu takiego środowiska, w którym obywatele mają jak najmniej powodów, by łamać prawo.

W październiku ubiegłego roku upadła firma tvscreen.pl oferująca w sieci filmy na żądanie. Dlaczego upadła? Bo internauci nie korzystali z jej usług? Pewnie po części też, ale jak podała wyborcza.biz, problemem firmy były wymagania wytwórni filmowych, takie jak konieczność uiszczania opłat z góry (nieoficjalnie samemu tylko Disney’owi tvscreen.pl zapłacił z góry 200-300 tys. dolarów + zobowiązanie uiszczania procentu od wpływów z każdego wyświetlenia disney’owskich produkcji). Teraz pytanie: komu w tej sytuacji powinien pomagać polski rząd: wytwórniom takim jak Disney, czy polskim przedsiębiorcom (takim jak tvscreen.pl) i ich klientom?

*

Problem z wytwórniami polega na tym, że nie chcą / nie potrafią wyciągnąć wniosków z danych o skłonności internautów do piracenia ich produktów. W gigantycznym uproszczeniu ich interpretacja jest mniej więcej taka: “przez złe prawo, zły internet i złych piratów spada popyt na nasze wspaniałe produkty”.

O jakich produktach mowa? Otóż, owym wspaniałym produktem są – na przykład – ładnie opakowane płyty DVD z sezonem serialu w wersji HD (House kosztuje obecnie w Merlinie od 69 do 99 złotych zależnie od sezonu). Tak, tak, to jest PRODUKT, o którym każdy konsument powinien marzyć! (W dalszej części notki skupię się na serialach, choć myślę o produkcji dóbr kultury bardziej ogólnie.)

O jakich elementach zapominają – lub źle je interpretują – wytwórcy tych cudownych produktów? Wyliczmy. To: materialność, ulotność, szybkość, jakość, dostępność, cena.

Materialność. To wspaniale, że produkuje się kolorowe pudełka, w których znajdują się płyty DVD z odcinkami seriali. Tylko, że nikt (prawie nikt) ich nie potrzebuje. Ani pudełek ani płyt. Po to ludzie mają idące w setki gigabajtów twarde dyski i coraz szybsze łącza, żeby nie musieć zaśmiecać sobie mieszkań gratami. Czas zrozumieć: konsumpcja kultury odbywa się w coraz większym oderwaniu od pudełek i archaicznych nośników.

Ulotność. Po to wytwórnie zalewają nas co roku nowymi serialami i nowymi sezonami seriali, żebyśmy nie mieli ani czasu ani chęci wrócić do starych seriali. Kulturowy recycling polegający na oglądaniu zgromadzonych na płytach DVD seriali raczej nie zachodzi / nie zajdzie. Duża w tym zasługa wytwórni, które tresują odbiorców do pogoni za nowościami. Czas zrozumieć: konsekwencją narzucania konsumentom szybkiego tempa konsumpcji kultury jest spadek zainteresowania trwałością tych wytworów.

Szybkość. Zanim ósmy sezon House’a trafi na półki sklepowe, internauci już dawno zapomną, co się w tym sezonie działo. Wytwórnie, poprzez różnicowanie dystrybucji swoich produktów ze względu na kanał dostępu (kino, telewizja, płyty DVD) i ze względu na geografię (np. premiera w USA vs premiera w Polsce), tworzą kulturę dwóch szybkości. Czy konsumenci drugiej kategorii gdzieś tam nad Wisłą czy w innym Tadżykistanie mogą dostać produkt z półrocznym opóźnieniem? Otóż nie, bo produkt dotrze do konsumentów, kiedy oni mentalnie – bo żyją w kulturze internetu a nie telewizji – będą już w innym miejscu. Czas zrozumieć: jeśli do kogoś produkt powinien docierać przed innymi, to właśnie do internautów, bo kultura dzieje się najszybciej właśnie w internecie.

Jakość. W jaki sposób wytwórnie chcą wygrać z piratami? Oferując produkt wysokiej technicznie jakości. Problem polega jednak na tym, że przeciętny konsument kultury nie jest maniakiem jakości. Mało tego, z zapamiętaniem przez wiele godzin może oglądać seriale o jakości tak podłej, jak programy telewizyjne z lat 70. W piramidzie potrzeb internetowego konsumenta kultury jakość techniczna produkcji znajduje się w górnej warstwie piramidy a tymczasem znajdujemy się w erze internetowej konsumpcji łupanej (walczymy o dostęp do produktów jak najnowszych i jak najłatwiej dostępnych). Czas zrozumieć: najpierw trzeba ucywilizować dostęp do dóbr kultury w internecie. Dopiero później można sprzedawać lepszą jakość.

Dostępność. Gdzie leżą te wszystkie pudła? W sklepach. Można też zamówić je przez net, przyjdą w ciągu tygodnia. Jest też alternatywa: można wbić na stronę z serialami i w cztery kliknięcia odpalić wybrany odcinek. W średniowieczu katar leczono wkładając choremu do nosa cebulę z musztardą. Śmieszne? Chodzenie do sklepu, żeby kupić cyfrowe pliki nagrane na plastikowe krążki i zamknięte w zafoliowanym papierowym pudełku też jest śmieszne. Czas zrozumieć: właściwym nośnikiem plików cyfrowych jest internet.

Cena. Powstaje pytanie, co wytwórnie powinny sprzedawać, jak powinny to sprzedawać i za ile. Pozostańmy przy serialach: cały sezon to żaden produkt; produktem jest odcinek. Papierowy kartonik zawierający plastikowy dysk, na którym nagrano plik cyfrowy to żaden nośnik. Nośnikiem jest łącze internetowe i strona pozwalająca uruchomić ściąganie pliku w cztery/pięć kliknięć. A 100 złotych za tę “przyjemność” to nie jest cena. Cena powinna być uzależniona od czasu jaki minął od premiery (i jakości pliku jaki decydujemy się pobrać), ale nie powinna być wyższa niż, powiedzmy, 10zł/odcinek i powinna stopniowo – im dalej od daty premiery – spadać do 2zł/odcinek (zaproponowanych cen proszę nie brać szczególnie poważnie, badań na ten temat nie prowadziłem). Proszę to przemnożyć przez liczbę piratów w Polsce i liczbę obejrzanych przez nich odcinków. Mała kwota? Nie sądzę. Czas zrozumieć: odcinek serialu to nic wielkiego, wyjątkowego ani rzadkiego; jego cena powinna być dostosowana do kontekstu konsumpcji a nie do milionowych gaż aktorów.

Czy to ptak? Czy to samolot? Nie, to superbankier!

J.P. Morgan (fot. Eduard Steichen, 1903; źródło: commons.wikimedia.org)

Jestem świeżo po lekturze Wojny o pieniądz Songa Hongbinga, więc kiedy zauważyłem w Polityce artykuł o J.P. Morganie, kryzysie 1907 r. i powstaniu banku Rezerwy Federalnej – ochoczo zabrałem się za lekturę.

Nim przejdę do artykułu autorstwa Piotra Tarczyńskiego, jeszcze słowo o książce Songa Hongbinga. Krytykowałem ją już wcześniej za spiskowy język. Można jej też zarzucić kastrowanie historii ze złożoności i monokauzalizm w interpretowaniu zjawisk. Przyjmując optykę Hongbinga, na każdy kryzys gospodarczy, konflikt wojenny i przewrót polityczny należy patrzeć z perspektywy reżyserujących te wydarzenia elit finansowych, które spieniężają wszystkie ludzkie i państwowe nieszczęścia. Hongbing patrzy na świat wielkiej finansjery bez złudzeń, bez dobrotliwej otoczki. Zupełnie pomija zapędy filantropijne. Nigdy nie doszukuje się dobrej woli ze strony swych jednoznacznie negatywnych bohaterów. Bankierzy to dla niego krwiopijcy, knujący jak zakuć w dyby wiecznego zadłużenia całe państwa i społeczeństwa.

Teraz spójrzmy na tekst Piotra Tarczyńskiego. Oczywiście, od razu możemy zakładać, że daleko mu będzie do perspektywy Hongbinga. Pytanie tylko – jak daleko.

Tarczyński zaczyna od pokazania J.P. Morgana jako wytrawnego bibliofila, gromadzącego starodruki, rękopisy, inkunabuły (w tym egzemplarze Biblii Gutenberga), szkice (m.in. Leonarda da Vinci, Michała Anioła oraz Dürera) i pieczęcie cylindryczne z Mezopotamii. Dla mnie taki framing Morgana jest jednoznacznie pozytywny: lubię ludzi, którzy gromadzą mniej lub bardziej cenne papierzyska. Gdybym to jednak ja był autorem tego artykułu, przedstawiłbym czytelnikom inną ramę. Opowiedziałbym mianowicie, jak to młody J.P. Morgan, który sam wywinął się od służby w wojsku podstawiając opłaconą osobę (podobnie zrobili John D. Rockefeller, Andrew Carnegie, czy James Mellon), odkupił od arsenału armii pięć tysięcy uszkodzonych strzelb za kwotę 3.50$/sztuka i odsprzedał wojsku na froncie za cenę 22$/sztuka. Przy wystrzale strzelby wybuchały i urywały kciuki strzelcom (por. Zinn 2001: 255).

W artykule Piotra Tarczyńskiego J.P. Morgan objawia się nam jako bibliofil, więc od pierwszego akapitu nawiązana zostaje nić sympatii. W dalszej części artykułu Morgan staje się też bohaterem, który uratował kraj przed katastrofą gospodarczą. Tarczyński wspomina co prawda tu i ówdzie, że J.P. Morgan nie zawsze zachowywał się należycie, bezwzględnie zwalczając konkurencję oraz knując i manipulując w celu zdominowania rynku (s. 61), ale kończy artykuł stwierdzając, że Morgan uważał, że większy majątek oznacza także większe obowiązki, toteż przekonał (a raczej: zmusił) innych czołowych bankierów do wzięcia odpowiedzialności za powstały kryzys (s. 63).

Nie zagłębiam się tu w szczegóły kryzysu 1907 r. Powiem tylko, że dla Hongbinga kryzys ten to jedna z intryg finansistów mająca na celu zmuszenie USA do stworzenia prywatnego banku Rezerwy Federalnej, który faktycznie powstał w 1913 r. i jest – według Hongbinga – narzędziem pozwalającym bankierom utrzymywać rząd i społeczeństwo w stanie ciągłego zadłużenia, od którego trzeba wiecznie spłacać odsetki. Z kolei u Tarczyńskiego ten sam kryzys jest – zażegnanym dzięki obywatelskiej postawie bankierów - przypadkowym wydarzeniem, które uświadomiło wszystkim, że bank Rezerwy Federalnej jest niezbędny, bo nie tylko gromadziłby tak potrzebne rezerwy i dbał o elastyczność waluty, ale też dałby rządowi instrument nadzoru nad nieuregulowanym sektorem finansowym (s. 63). Są to więc dwie przeciwstawne interpretacje. W jednej Fed to kajdany wiecznego długu narzucone społeczeństwu i rządowi przez elity finansowe. W drugiej Fed to niezbędna struktura pozwalająca rządowi kontrolować bankierów i walutę.

Nie umiem rozstrzygnąć, która z tych interpretacji jest prawdziwa (lub przynajmniej prawdziwsza, cokolwiek miałoby to znaczyć). Zastanawiam się jednak, czyja optyka – Hongbinga czy Tarczyńskiego – jest poznawczo bardziej owocna i lepiej nadająca się jako baza do podejmowania decyzji.

W wyniku kryzysu 1907 roku firma U.S. Steel należąca do J.P. Morgana przejęła za bezcen swojego największego konkurenta, firmę Tennessee Coal, Iron and Railroad Company (TCI). Dla Hongbinga sprawa jest jasna: J.P. Morgan przyłożył rękę do wywołania paniki na giełdzie m.in. po to, by wymusić na – przeciwnemu monopolom – prezydencie USA zgodę na przejęcie doprowadzonego do progu bankructwa TCI. Gdyby przyjąć perspektywę Tarczyńskiego, widzielibyśmy J.P. Morgana, który – nie zważając na własne finansowe straty – ratuje gospodarkę przed kryzysem, u prezydenta pojawia się jako petent i nie zmusza go szantażem, lecz prosi o zgodę, a swojego konkurenta, tj. TCI, łaskawie, dla dobra gospodarki, godzi się wziąć pod skrzydła U.S. Steel.

Hongbingowi jego optyka pozwoliła przewidzieć kryzys z 2008 roku. Czy Piotr Tarczyński byłby w stanie to powtórzyć, gdyby postrzegał rzeczywistość wedle dobrotliwych założeń, jakie można wywnioskować z jego artykułu? Chyba nie. Albo inaczej: gdybym miał więcej pieniędzy niż mam – czy powinienem obmyślać moją strategię inwestycyjną myśląc jak Hongbing, czy jak Tarczyński? Po namyśle wybrałbym jednak “chińską myśl ekonomiczną”.

Tarczyński, Piotr. 2012. Spisek w bibliotece, “Polityka” nr 7/2012, s. 60-63.

Pieniądze i pokój? To się po prostu nie rymuje

Szybka próba wynotowania tego, co mamy obecnie na światowej szachownicy: Irańczycy prowadzący program kosmiczny i nuklearny, a nade wszystko - próbujący przełamać monopol dolara poprzez rozliczanie obrotu ropą naftową m.in. w euro*; ostro zarysowujące się podziały w ONZ (osią sporów jest stosunek do prawomocności władzy Baszara al-Assada w Syrii oraz stosunek do suwerenności finansowej, energetycznej i obronnej Iranu); destabilizujące handel międzynarodowy sankcje, nakładane wzajemnie przez poszczególne kraje wedle ww. podziałów; zbliżające się wybory w USA; ostatnie zamachy na izraelskich dyplomatów i trwające od 2007 roku zamachy na irańskich naukowców; coraz częściej krytykowany sojusz USA i Izraela; relacje Iranu z Hamasem i Hezbollahem; Syryjczycy samotnie próbujący obalić Baszara al-Assada; przetasowania wynikające z niedawnych rewolucji w Afryce Północnej; stłumiona, choć wciąż tląca się wewnętrzna opozycja w Iranie; rosnący sprzeciw wewnętrzny i międzynarodowy w stosunku do izraelskiego “muru bezpieczeństwa”; wewnętrzne protesty obywateli Izraela przeciwko trudnej sytuacji mieszkaniowej i na rynku pracy; ruch Occupy Wall Street w USA próbujący wbić klin w wieczną przyjaźń elit finansowych i polityków; zadłużenie wszystkiego i wszystkich przez wszystkich i u wszystkich.

Pewnie o wielu czynnikach zapomniałem, ale mimo tego – zagadka: proszę wskazać (i uzasadnić wybór) przynajmniej jednego z głównych aktorów ewentualnego konfliktu, któremu nie opłaca się zaryzykować udziału w nim.

Bez względu na to, jak typujecie, na to show chciałbym mieć wejściówkę z takim miejscem:

VIP-y obserwują wybuch bomby atomowej. Operacja Greenhouse, Atol Enewetak, 1951 rok. Za: calitreview.com.

* – W 2000 roku Irakijczycy też próbowali porzucić dolara na rzecz euro. Wiemy jak to się 3 lata później skończyło.