Złe prawo, zły internet i źli piraci? Nie, zły produkt
To, czego trochę mi zabrakło ze strony młodych w ich proteście przeciwko ACTA, to próby przedefiniowania sytuacji. Młodzi zorientowali się, że rząd pomaga korporacjom w walce z piractwem i przeciw tej współpracy zaprotestowali. Ale powinni pójść o krok dalej – powinni domagać się od rządu pomocy w naciskaniu na korporacje, aby te umożliwiały internautom konsumpcję kultury tymi kanałami, z których internauci faktycznie korzystają.
Jednym zdaniem – rząd, zamiast pomagać korporacjom poprzez rozbudowywanie systemu ograniczeń prawnych, powinien pomagać internautom poprzez wymuszanie na korporacjach takich zmian w ich funkcjonowaniu, aby internauci mieli możliwość konsumowania kultury bez łamania prawa. Albo jeszcze prościej – rząd powinien pomagać obywatelom w kreowaniu takiego środowiska, w którym obywatele mają jak najmniej powodów, by łamać prawo.
W październiku ubiegłego roku upadła firma tvscreen.pl oferująca w sieci filmy na żądanie. Dlaczego upadła? Bo internauci nie korzystali z jej usług? Pewnie po części też, ale jak podała wyborcza.biz, problemem firmy były wymagania wytwórni filmowych, takie jak konieczność uiszczania opłat z góry (nieoficjalnie samemu tylko Disney’owi tvscreen.pl zapłacił z góry 200-300 tys. dolarów + zobowiązanie uiszczania procentu od wpływów z każdego wyświetlenia disney’owskich produkcji). Teraz pytanie: komu w tej sytuacji powinien pomagać polski rząd: wytwórniom takim jak Disney, czy polskim przedsiębiorcom (takim jak tvscreen.pl) i ich klientom?
*
Problem z wytwórniami polega na tym, że nie chcą / nie potrafią wyciągnąć wniosków z danych o skłonności internautów do piracenia ich produktów. W gigantycznym uproszczeniu ich interpretacja jest mniej więcej taka: “przez złe prawo, zły internet i złych piratów spada popyt na nasze wspaniałe produkty”.
O jakich produktach mowa? Otóż, owym wspaniałym produktem są – na przykład – ładnie opakowane płyty DVD z sezonem serialu w wersji HD (House kosztuje obecnie w Merlinie od 69 do 99 złotych zależnie od sezonu). Tak, tak, to jest PRODUKT, o którym każdy konsument powinien marzyć! (W dalszej części notki skupię się na serialach, choć myślę o produkcji dóbr kultury bardziej ogólnie.)
O jakich elementach zapominają – lub źle je interpretują – wytwórcy tych cudownych produktów? Wyliczmy. To: materialność, ulotność, szybkość, jakość, dostępność, cena.
Materialność. To wspaniale, że produkuje się kolorowe pudełka, w których znajdują się płyty DVD z odcinkami seriali. Tylko, że nikt (prawie nikt) ich nie potrzebuje. Ani pudełek ani płyt. Po to ludzie mają idące w setki gigabajtów twarde dyski i coraz szybsze łącza, żeby nie musieć zaśmiecać sobie mieszkań gratami. Czas zrozumieć: konsumpcja kultury odbywa się w coraz większym oderwaniu od pudełek i archaicznych nośników.
Ulotność. Po to wytwórnie zalewają nas co roku nowymi serialami i nowymi sezonami seriali, żebyśmy nie mieli ani czasu ani chęci wrócić do starych seriali. Kulturowy recycling polegający na oglądaniu zgromadzonych na płytach DVD seriali raczej nie zachodzi / nie zajdzie. Duża w tym zasługa wytwórni, które tresują odbiorców do pogoni za nowościami. Czas zrozumieć: konsekwencją narzucania konsumentom szybkiego tempa konsumpcji kultury jest spadek zainteresowania trwałością tych wytworów.
Szybkość. Zanim ósmy sezon House’a trafi na półki sklepowe, internauci już dawno zapomną, co się w tym sezonie działo. Wytwórnie, poprzez różnicowanie dystrybucji swoich produktów ze względu na kanał dostępu (kino, telewizja, płyty DVD) i ze względu na geografię (np. premiera w USA vs premiera w Polsce), tworzą kulturę dwóch szybkości. Czy konsumenci drugiej kategorii gdzieś tam nad Wisłą czy w innym Tadżykistanie mogą dostać produkt z półrocznym opóźnieniem? Otóż nie, bo produkt dotrze do konsumentów, kiedy oni mentalnie – bo żyją w kulturze internetu a nie telewizji – będą już w innym miejscu. Czas zrozumieć: jeśli do kogoś produkt powinien docierać przed innymi, to właśnie do internautów, bo kultura dzieje się najszybciej właśnie w internecie.
Jakość. W jaki sposób wytwórnie chcą wygrać z piratami? Oferując produkt wysokiej technicznie jakości. Problem polega jednak na tym, że przeciętny konsument kultury nie jest maniakiem jakości. Mało tego, z zapamiętaniem przez wiele godzin może oglądać seriale o jakości tak podłej, jak programy telewizyjne z lat 70. W piramidzie potrzeb internetowego konsumenta kultury jakość techniczna produkcji znajduje się w górnej warstwie piramidy a tymczasem znajdujemy się w erze internetowej konsumpcji łupanej (walczymy o dostęp do produktów jak najnowszych i jak najłatwiej dostępnych). Czas zrozumieć: najpierw trzeba ucywilizować dostęp do dóbr kultury w internecie. Dopiero później można sprzedawać lepszą jakość.
Dostępność. Gdzie leżą te wszystkie pudła? W sklepach. Można też zamówić je przez net, przyjdą w ciągu tygodnia. Jest też alternatywa: można wbić na stronę z serialami i w cztery kliknięcia odpalić wybrany odcinek. W średniowieczu katar leczono wkładając choremu do nosa cebulę z musztardą. Śmieszne? Chodzenie do sklepu, żeby kupić cyfrowe pliki nagrane na plastikowe krążki i zamknięte w zafoliowanym papierowym pudełku też jest śmieszne. Czas zrozumieć: właściwym nośnikiem plików cyfrowych jest internet.
Cena. Powstaje pytanie, co wytwórnie powinny sprzedawać, jak powinny to sprzedawać i za ile. Pozostańmy przy serialach: cały sezon to żaden produkt; produktem jest odcinek. Papierowy kartonik zawierający plastikowy dysk, na którym nagrano plik cyfrowy to żaden nośnik. Nośnikiem jest łącze internetowe i strona pozwalająca uruchomić ściąganie pliku w cztery/pięć kliknięć. A 100 złotych za tę “przyjemność” to nie jest cena. Cena powinna być uzależniona od czasu jaki minął od premiery (i jakości pliku jaki decydujemy się pobrać), ale nie powinna być wyższa niż, powiedzmy, 10zł/odcinek i powinna stopniowo – im dalej od daty premiery – spadać do 2zł/odcinek (zaproponowanych cen proszę nie brać szczególnie poważnie, badań na ten temat nie prowadziłem). Proszę to przemnożyć przez liczbę piratów w Polsce i liczbę obejrzanych przez nich odcinków. Mała kwota? Nie sądzę. Czas zrozumieć: odcinek serialu to nic wielkiego, wyjątkowego ani rzadkiego; jego cena powinna być dostosowana do kontekstu konsumpcji a nie do milionowych gaż aktorów.

