Zaproponowane przez Mariana Golkę “wyjaśnienie”, czym jest blogowanie (por. poprzedni wpis) rozbawiło mnie, zaskoczyło, zdumiało i zasmuciło. Rozbawiło – bo bardzo krytyczny opis blogowania napisał Autor w poetyce wpisu blogowego, co każe przypuszczać, że byłby z niego całkiem niezły bloger.
Zaskoczyło – bo w książce omawiającej dezinformacyjny potencjał kanałów komunikacyjnych współczesnego społeczeństwa krytyce poddana została możliwość aktualizowania tekstów i usuwania z nich błędów. Faktycznie, mamy tutaj problem polegający na tym, że większość błędów poprawiana jest źle, to znaczy: bez odpowiednich adnotacji wyjaśniających co i kiedy zostało zaktualizowane lub bez zastosowania narzędzi pozwalających porównywać poszczególne wersje tekstu. Co ciekawe, praktyka informowania czytelników o korektach jest powszechniejsza na blogach (szczególnie anglojęzycznych) niż na (polskich) portalach informacyjnych! To samo tyczy się narzędzi pozwalających porównywać wersje tekstów. Taką możliwość daje np. Wikipedia. Wiele innych źródeł – często uznawanych za bardziej wiarygodne – jest pod tym względem mniej przejrzystych.
Moje zdumienie wywołała zaś krytyka istnienia konkurencji i – w efekcie – przywiązywania wagi do statystyk odwiedzin. Czy to oznacza, że media tradycyjne ze sobą nie konkurują, że nie zwracają uwagi na statystyki sprzedaży, że nie robią badań czytelnictwa, nie tworzą profili czytelników, nie prowadzą agresywnych kampanii, by odebrać czytelników innym wydawnictwom? Toczy się obecnie debata (1, 2, 3), czy strony internetowe znanych mediów mogą/powinny stosować audience tracking przy określaniu tematów i tworzeniu treści. To, że debata trwa nie znaczy oczywiście, że jest to możliwość li tylko hipotetyczna. Kontrowersje budzi raczej zagadnienie granicy: jak daleko można pójść w ustawianiu się pod czytelnika.
Czy na siłę wepchnięcie w tekst Lady Gagi, Davida Beckhama lub Justina Biebera po to, żeby zwiększyć liczbę odwiedzin jest w porządku? Czy można zaprzestać pisania o powodzi w Bangladeszu, bo dzień wcześniej ten temat otrzymał najmniejszą liczbę kliknięć? Czy można sobie pozwolić, żeby choć przez kilka minut dziennie na głównej stronie portalu nie było dobrze wyeksponowanego tematu o seksie? Czy można porzucić badany od jakiegoś czasu ważny temat, bo statystyki pokazują, że pojawiła się nowa moda na cokolwiek i trzeba o tym szybko i dużo napisać? Tacy gracze, jak The Washington Post, czy The Wall Street Journal biorą pod uwagę wyniki obserwacji zachowań internautów odwiedzających ich stronę i redagują swoje strony z tego punktu widzenia (a kto niby tego nie robi?!). W warstwie merytorycznej wymienia więc Marian Golka argumenty, które nie są swoiste dla medium, jakim są blogi i dla czynności, jaką jest blogowanie.
W ten sposób dochodzimy do tego, co mnie zasmuciło. Otóż, nawet jeśli faktograficznie dużo jest prawdy w tym, co Marian Golka napisał, to i tak ujawniony w cytacie stosunek do blogów/blogowania, wpływ tego stosunku na opis oraz na ujęcie tematu trochę nie licuje z książką mającą charakter naukowy (wydaną w Wydawnictwie Naukowym PWN), nawet jeśli słownik umieszczony na końcu książki ma charakter pół-poważny (ta część książki zatytułowana jest Mały słownik blefów i blefowania).
PS. Przed doczytaniem do Słownika planowałem napisać, że perspektywa Mariana Golki – tj. perspektywa zwracająca uwagę na bariery w komunikowaniu – jest mi dużo bliższa od wizji Habermasa i próby naszkicowania typu idealnego komunikowania, bo o ile robota Habermasa ma charakter utopijny i mówi o tym, czego nigdy nie będzie, o tyle Golka koncentruje się na zagadnieniach ważnych tu i teraz (a także, z pewnością, w przyszłości). Powstrzymam się jednak, żeby nie dodawać już (dzisiaj!) bzdur i śmieci informacyjnych do oceanu Internetu. Idźcie się dezinformować gdzieś indziej.