Kwadratura Sieci

szczypta codzienności, garść książek i kropla ekstraktu z netu

Tag: filozofia

Ludzie z Antarktydy

Spotkania na krańcach świata Wernera Herzoga. Dobry film. Trochę lęku jeśli pomyśleć o tych wszystkich stworzonkach żyjących w morskich odmętach. Trochę niepokoju jeśli uzmysłowić sobie piękno świata. Bo czym wtedy jest kultura? Na pewno nie tworzeniem piękna, bo w porównaniu z tym, co od niechcenia potrafi zrobić natura, wypadamy śmiesznie i blado. Być może kultura jest – powinna być? – tylko zapisem ludzkiej reakcji na piękno. Świadectwem świadomości, niczym więcej. (Na tym tle kultura o kulturze, czyli między innymi to, co ja robię tu, a miliony ludzi gdzie indziej, to marność zupełna.)

Ale najważniejsze w filmie nie są “krańce świata” tylko – “spotkania”. Antarktyda jako miejsce przyciągające podobnych do siebie ludzi: pozytywnych świrów, podróżników, ludzi ciekawych świata, żyjących inaczej, po swojemu. Gdyby Herzog pokazał tylko Antarktydę, foki i pingwiny, podwodny świat i wulkany, to przestałbym oglądać po trzydziestu minutach. Bo wśród dziwów, jakie Herzog na Antarktydzie znalazł, najbardziej niezwykli byli własnie ludzie.

Wyguglaj sobie ideę

Błądzę po sieci i szukam miejsc, gdzie żyje Idea, Zmiana, Pomysł. Rozglądam się za ludźmi, wizjami, które zmienią świat. Trafiam na ChangeThis.com. Na górze strony link do tekstu Setha Godina Brainwashed: Seven Ways to Reinvent Yourself. Niech będzie. Zaczynam czytać i co? Godin przez pierwsze strony odkrywa coś, co od ponad stu lat jest już skonceptualizowane: proces socjalizacji pierwotnej oraz stan anomii społecznej (nie nazywając ich po imieniu). Hm. Słabo. Co dalej? Dalej twierdzi, że kiedyś byliśmy izolowani, a teraz dzięki facebookom różnym (mówi o social media) jesteśmy connected. I że Internet umożliwia szybkie rozprzestrzenianie się obrazków (<wink>). Tylko, że z tą izolacją to też nie do końca tak. Chociażby ze względu na koncepcję sześciu stopni oddalenia. W skali lokalnej, czy w skali państwa, idee rozprzestrzeniały się stosunkowo szybko i bez Internetu. Tak, tak, wiem – teraz mogę uczestniczyć w życiu globalnej społeczności (tj. idei szukać w Googlach, zamiast we własnej głowie). Fun, really. Później pisze o gospodarce szczodrości (generosity economy), ale o ile wcześniej miał na sercu los ludzi całe życie pracujących w fabryce, teraz wspomina tylko o jednostkach kreatywnych. Łatwo mówić o generosity economy kiedy pomija się proletariat. …co dalej? Dalej dostaję instrukcję w amerykańskim stylu, jak mam zmienić siebie, żeby wejść na ścieżkę sukcesu. Fajnie, już wchodzę!

…albo nie. Wstrzymam się jeszcze i poszukam czegoś innego. Wygląda na to, że utknę na dłużej na EDGE.org.

O pożytkach z przemijania

Przypowiastka Nicka Bostroma o smoku-tyranie. Nie będę jej przytaczał (w zamian dokonam jej spłaszczenia), ale kryjący się za nią morał brzmi tak: ludzkość ma powody i prawo, by dążyć do nieśmiertelności, a już na pewno do wydłużania życia tak bardzo jak to tylko możliwe. Śmierć jest smokiem a my mamy prawo zabić smoka:

The argument is not in favor or life-span extension per se. Adding extra years of sickness and debility at the end of life would be pointless. The argument is in favor of extending, as far as possible, the human health-span (wytłuszczenia moje – W.W.). By slowing or halting the aging process, the healthy human life span would be extended. Individuals would be able to remain healthy, vigorous, and productive at ages at which they would otherwise be dead. (źródło)

Nie chodzi więc o życie samo w sobie, o dychanie dla samego dychania, lecz o przedłużanie produktywności ludzkich mózgów dla dobra nas wszystkich. A Nickowi Bostromowi nie chodzi o czcze pogaduszki tylko o skierowanie strumienia pieniędzy w tym właśnie kierunku:

Damage-limitation became such an exclusive focus that it made people neglect the underlying cause. Instead of a massive publicly-funded research program to halt aging, we spend almost our entire health budget on health-care and on researching individual diseases. (źródło)

Wydajemy miliardy na leczenie chorób, na zajmowanie się jednostkami, a w tym czasie moglibyśmy walczyć z główną przyczyną, czyli ze starzeniem. Wydaje mi się, że Nick Bostrom trochę się tutaj zapędził, bo z powyższego cytatu można wysnuć wniosek, że przyczyną wszystkich chorób jest starzenie się. To jednak detal. Najistotniejsze jest to, że społeczeństwo z opowieści zdołało poświęcić sporą część swojego budżetu na walkę ze smokiem. A my co? Jakieś badania są, ale to wciąż kropla w morzu potrzeb, zupełnie nieadekwatna do wagi problemu. Dlatego trzeba już, teraz, zająć się problemem starzenia. Technologia postępuje w takim tempie, że i tak pewnie jesteśmy niedaleko, trzeba tylko zebrać siły i wykonać ostatnie pchnięcie.

Ale zaraz. Proszę się nie ekscytować. Jest również druga strona medalu.

Dla Nicka Bostroma starzenie się to choroba (the chances of a cure for aging). Dla mnie – wentyl, metoda samooczyszczania się tkanki społecznej. Dlatego wizja społeczeństwa z całymi tabunami starców zalegającymi “u góry” i blokującymi młodych i ich świeże pomysły brzmi dla mnie przerażająco. Odkryć w matematyce i fizyce dokonują ludzie młodzi, bo to oni właśnie potrafią wyjść poza wiedzę zastaną (a może inaczej: młodzi ignoranci, stawiający swoje pierwsze kroki nie wiedzą jeszcze, że pewnych rzeczy zrobić się nie da i dlatego po prostu je robią; coś takiego dla ich starszych kolegów jest nie do pomyślenia). Z kolei wkład w socjologię wymaga wielkiej liczby lektur dzieł poprzedników, a to trwa i nim się młody człowiek obejrzy jest już starym grzybem, którego największym odkryciem jest to, że oto mamy kryzys, bo na świecie nie jest już tak pięknie, jak było, kiedy autor był młody. Tego smutnego konserwatyzmu (wynikającego z tęskoty za czasami, kiedy – jak pisał Czesław Miłosz – pyta jeszcze stawała), posiadającego zerowy potencjał odkrywczy i bez wydłużania życia mam serdecznie dosyć, a mnożenie go – to dopiero byłby koszmar!

Odrzucam więc postulat Bostroma, by skierować siły ludzkości w kierunku walki ze starzeniem, ponieważ uważam, że ten ewentualny “postęp” to w rzeczywistości hamulec dla postępu. Samobój po prostu. Długowieczność to marzenie tyranów. Jest jednak jeszcze jeden problem. Taki postulat to także wyraz pogardy dla tych wszystkich społeczeństw, w których długość życia waha się między 30 a – powiedzmy – 60 rokiem życia. My tu na zachodzie będziemy kombinowali, jak to zrobić, żeby każdy mógł dożyć dwusetnych urodzin w pełni umysłowego zdrowia, a wy tymczasem umierajcie przed pięćdziesiątką. Bostrom w swoim tekście powoływał się na argumenty “etyczne”, a powody do walczenia ze starzeniem się były powodami “moralnymi”, a jakże. Ale czy moralnym jest przeznaczać grube miliardy, żeby dziadki mogły siedzieć na katedrach i zalegać w laboratoriach, kiedy gdzie indziej umierają dzieci, które mogły by wnieść do nauki więcej, gdyby miały szansę? (pisałem o tym również tu)

Starość nie radość? Można nawet powiedzieć więcej: (czyjaś) starość (to dla młodych) nie radość.