Kwadratura Sieci

szczypta codzienności, garść książek i kropla ekstraktu z netu

Tag: muzyka

Wojennie, książkowo i muzycznie

Wysyp książek o wojnach w środkowej Afryce. Chociaż “wysyp” to może za dużo powiedziane. Przecież w podlinkowanym tekście mowa o zaledwie trzech książkach. Jeśli porównać ten “dorobek” do literatury związanej z drugą wojną światową – sprawa jest oczywista: od dawna przemilczamy największy konflikt ostatnich dekad. Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze, to nie jest nasze doświadczenie. My smakujemy pokoju i dobrobytu. Trudno delektować się winem, kiedy tuż obok ktoś umiera z pragnienia. Dlatego pewnych rzeczy lepiej nie wyciągać na wierzch, nie epatować nimi. Po drugie, nikt tak naprawdę nie rozumie, co się tam dzieje. Czasem uda nam się nałożyć nasze proste schematy walki dobra ze złem na wycinki całej tej historii, ale objąć ją jako całość – niemożliwe.

W pigułce jedną z warstw tego konfliktu opisał Wojciech Jagielski:

W tej części Afryki, walcząc o pierwszeństwo i wpływy, każdy starał się zresztą ze wszystkich sił szkodzić sąsiadom i wspierać ich wrogów. Kampala wspierała powstańców z Sudanu, rząd z Chartumu pomagał partyzantom w Ugandzie. Sudan zbroił partyzantów w Czadzie, którego rząd słał z kolei karabiny partyzantom w Republice Środkowoafrykańskiej. Ta ukrywała u siebie rebeliantów z Konga, a kongijski rząd udzielał schronienia wszystkim niemal banitom z okolic Wielkich Jezior. Etopia starała się szkodzić Erytrei i Somalii, Somalia – uprzykrzyć życie Kenii. Wszyscy wszystkich zwalczali, zdradzali, wszyscy przeciwko sobie spiskowali, w pojedynkę i w przymierzach, których jedynym spoiwem były wrogość i wspólny nieprzyjaciel (Jagielski 2009: 213).

…a tymczasem pokojowy Nobel trafił do Baracka Obamy!

* * *

Przeczytałem niedawno u Karola Zalewskiego o płycie Between two worlds. Maya Filipič jest godna polecenia. Stories from Emona – sześć pierwszych utworów z płyty – to gotowa ścieżka dzwiękowa do filmu (ale – uwaga – nie byłby to raczej film akcji). Dobrze, że pianistka nie ograniczyła się do twórczego odtwarzania (eufemizm: interpretowania) standardów i postanowiła zrobić coś swojego. Na te brzydkie, szare i wietrzne poranki muzyka jak znalazł.

* * *

Z kroniki książek kiedyś przeczytanych, potem zapomnianych, a następnie – po wielu tygodniach – odnalezionych pod łóżkiem: Tajne służby kapitalizmu Vadima Makarenki. Napisane w stylu Malcolma Gladwella. Lekko, ale ciekawie o mechanizmach, które wszystkich nas dotyczą, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy. Największym plusem książki jest to, że opisuje ona sytuację polską. Dowiadujemy się, czego koncerny chcą się o nas (o nas, a nie o jakichś Amerykanach) dowiedzieć, do czego są się skłonne posunąć oraz kto jest skłonny – a nawet chętny – wykonać brudną robotę. Bo skoro na rynku konkurują firmy sprzedające bardzo podobny towar po zbliżonych cenach, to naturalnym polem walki będą głowy konsumentów – ich przyzwyczajenia, sympatie, sposoby myślenia, haczyki, na które się łapią. Haczyków jest dużo. A my jak te rybki…

Makarenko, Vadim. 2008. Tajne służby kapitalizmu, Kraków: Znak.

Grać każdy może…

…ale nie każdy wymiata jak Rafał Blechacz. A on wymiata wyjątkowo niepospolicie: samym talentem, pasją, pracą; żadnej wulgarności, zniżania się, miałkości. Od kilku dni jestem na wygnaniu (czyli poza Toruniem) i zmagam się z ciągłym gwałceniem mojej dzwiękosfery. Ratunkiem jest Blechacz i Preludia Chopina w jego wykonaniu. Muzyka bez efekciarstwa i wyskoków, skupiona i spokojna, kondensująca i porządkująca myśli. Jeśli nie można pozbyć się wszechotaczającego hałasu, a mimo tego chce się pozostać jak najbliżej ciszy – wtedy ta płyta jest słusznym wyborem.

Zaglądam na stronę Blechacza, do zakładki koncerty: Paryż, Londyn, Berlin, Barcelona, Dortmund, Nowy Jork, Praga, Heidelberg, Genewa, Rzym, i tak dalej. Chłopak witany jest z otwartymi ramionami przez światową publiczność – w najważniejszych z wyżej wymienionych miast koncertował po kilka razy w ciągu ostatniego 1.5 roku – a w tym czasie naród się podnieca, kiedy jakaś cizia z okładki uciuła na bilet do Nowego Jorku albo Mediolanu, kupi tam ciuch z przeceny, suwenir plastikowy i podrzędną flachę, po czym wróci i będzie dmuchać swoją wizerunkową bańkę bredniami o podbijaniu zagranicy. Dlatego Blechacz, na tle codziennej celebryckiej trucizny sączącej się z mediów, jest jak miód, jak złoto.

Polecam, choć jednocześnie podkreślam: żaden ze mnie znawca, grać potrafię tylko na zwłokę i trochę na komputerze.

Gdzie basidżi nie mogą, tam Michaela Jacksona wyślą

Zimny prysznic dla nieszczęsnych Irańczyków. Trudzili się przez kilka tygodni, by dostarczyć mediom jak najlepszy materiał z odbywającej się w kraju rewolucji. Były zdjęcia z protestów, filmy z ludzmi umierającymi na żywo, apele do Zachodu, listy do Chomeiniego, live coverage teherańskich wydarzeń na twitterze. Pełen amatorski profesjonalizm.

I wtedy zmarł Michael Jackson.

Co to oznaczało dla Irańczyków najlepiej oddaje raport: PEJ News Coverage Index: June 22 – 28, 2009, zatytułowany: Media Swing from Protests in Iran to the Passing of the King of Pop:

From the time it was announced Jackson had died through the end of the day Friday—a little more than 28 hours—60% of the news coverage studied across 55 different news outlets was devoted to Jackson’s death (to i następne wytłuszczenia moje – W.W.).

Najbardziej zatrważające były statystyki dla stacji telewizyjnych:

All media sectors covered Jackson heavily, but it was cable news channels that led the way. Fully 93% of cable coverage studied on the Thursday and Friday following his death was about the King of Pop. On the front pages of Friday morning newspapers, 37% of their coverage was Jackson-related compared to 55% of the leading online coverage.

Raport dotyczy prawie wyłącznie mediów amerykańskich, ale i tak wykorzystałem okazję, by powtórzyć sobie w duchu: jak to dobrze, że nie mam telewizora. Podkreślić jednak trzeba, że Internet też oszalał. W tym samym raporcie PEJ, cytują autorzy tytuł materiału z CNN: Jackson Dies, Almost Takes Internet with Him (chodzi o awarie wielu usług, w tym wyszukiwarki Google i Twittera). Przeglądu światowej – przetłumaczonej na angielski – blogosfery można dokonać na GlobalVoicesOnline.org. Mi, jak zwykle, podobali się komentujący sprawę Chińczycy, w tym 新浪湖南网友 (sic!) przetłumaczony(-a?) dzięki ludziom z ChinaSmack.com:

Michael is just a singer, but to some ignorant fans he is like their parents. Michael’s death makes them act as if they have lost their parents. They wish he could bring them to another world, because they themselves are soulless people who do not serve much of a purpose living anyway. They do not have parents, no loved ones and friends, no red flowers, no green leaves, no four seasons, no motherland, only Michael.

Cytat, oczywiście, wybrałem tak tendencyjnie, jak tylko było to możliwe. Nie znaczy to, że wybrałem najbardziej brutalny, ale – najlepiej pokazujący, co się dzieje, kiedy na globalną popkulturową histerię spojrzymy zza Wiekiego Muru (dla nieczułych na chińskie subtelności: chodzi mi o czerwone kwiatki, zielone liście, cztery pory roku i – czemu by tego nie spolszczyć? – matczyznę).

Tak czy inaczej, dla dobra kolejnych net-rewolucji, Madonna powinna regularnie publikować w sieci raport o swoim zdrowiu.