Kwadratura Sieci

szczypta codzienności, garść książek i kropla ekstraktu z netu

Tag: tropy

W Berlinie

Umówmy się: Berlin to nie jest piękne miasto. Ale klimat swobody i luzu urzeka. Scena 1: wychodzi dziewczyna na ulicę. Trochę jakby zaskoczona spogląda w niebo, w stronę grzejącego niemiłosiernie słońca. Zdegustowana upałem wycofuje się do spożywczaka i po paru minutach wychodzi z butlą zimnego piwa w dłoni. Scena 2: jesteśmy w ogrodzie przy Pałacu Charlottenburg. Nagle – burza, deszcz i grad. Chowamy się pod drzewem i pod parasolem. Tuż obok przebiega para Niemców – co chwila obrywają kulkami lodu i mają z tego powodu niezły ubaw: krzyczą “aua” i śmieją się. Scena 3: po półgodzinie stania w kolejce po currywurstkebab w Mustafa’s Gemüsekebap (Mehringdamm 32) bierzemy jedzenie, przechodzimy na drugą stronę jezdni, wchodzimy w boczną uliczkę, siadamy na chodniku i jemy. Nikogo to nie dziwi, łącznie z nami, choć w Toruniu zwykle na chodnikach nie siadamy. Scena 4: chodzimy późnym wieczorem po okolicach dworca Zoo. Zmęczeni siadamy na przystanku komunikacji miejskiej, który jest w tej chwili out of service. Znowu działa ten luz, który powoduje, że definiuje się przestrzeń miejską nie zgodnie z jej zastosowaniem, lecz z własnym widzimisię. Scena 5: nagminnie przechodzimy przez ulice na czerwonym świetle albo w miejscach, gdzie nie ma pasów. Raz nie zauważyliśmy samochodu i weszliśmy na czerwonym na pasy. Samochód Polizei poczekał aż przejdziemy i dopiero wtedy skręcił i przejechał za naszymi plecami. Po trzech dniach chodzenia po mieście nie udało mi się stwierdzić, że czegoś tutaj nie wolno.

Ogrody przy Pałacu Charlottenburg w Berlinie (po deszczu)

Ogród przy Pałacu Charlottenburg w Berlinie (po deszczu)

Polska egzotyka w drodze do Wiednia w Australii

Produkowałem ostatnio tyle słów za pieniądze (z krótką przerwą na Wigilę), że na pisanie nie starczało już sił. Czas trochę nadrobić. Szkicownik otworzył się na przedświątecznej notce z drogi do Wiednia. Niech będzie.

 *

W 12 godzin można dotrzeć z Polski pod palmy Kapsztadu, w cień wieżowców Nowego Jorku, lub w sam środek tłumu przelewającego się przez ulice Pekinu. Mi w 12 godzin udało się dotrzeć do Ołomuńca w Czechach, 60 kilometrów od polskiej granicy. Dlatego zmysły wyczuliłem na lokalną egzotykę.

Toruń – Wrocław. W przedziale pan po pięćdziesiątce, kobieta w średnim wieku i ja.
- Gdzie pani jedzie? Też do Wrocławia? – pyta pan.
- Do Poznania.
- Aaa… do Poznania. Lepszy rydz niż nic.
Wchodzi konduktor, prosi o bilety. Podaje pan Rydz. Konduktor ogląda bilet i legitymację.
- Pan jest niewidomy?
Pan Rydz patrzy zdziwiony na konduktora:
- Oczywiście – i wyciąga z reklamówki dodatkowe dokumenty.
Konduktor ogląda podejrzliwie, po czym podbija bilet i wychodzi.
- Nic nie ufają, wszystko muszą sprawdzić, niewierne Tomasze! – komentuje zdegustowany pan Rydz.
W Lesznie dosiadają się dwie kobiety. Udaję, że śpię, głowę mam zakrytą kurtką. Jedna z pań mówi:
- Bo ja w podróży to nie mogę tak bezczynnie siedzieć, coś muszę czytać! O, tu może od pana sobie książkę pożyczę! – po czym zabiera mój przewodnik po Wiedniu i zaczyna go studiować tak pilnie, jakby właśnie się tam wybierała.
Pan Rydz gani:
- Mówi się, że nie wypada czytać w towarzystwie.
W Rawiczu długi postój. Niewidomy pan Rycz wychodzi na obchód, po czym wraca i stwierdza:
- Ani po jednej, ani po drugiej stronie nic nie widać, tylko konduktory chodzą i rozmawiają.
W końcu ruszamy. Już pod Wrocławiem kobieta oddaje mi książkę i mówi:
- Ale ciekawa ta historia Australii, jak sobie tak człowiek odświeży!
Przytakuję.

Później trasa Wrocław – Ústí nad Orlicí – Olomouc. W Wiedniu na następny dzień. Do Australii może kiedy indziej.

Ołomuniec – Brno – Bratysława

Ołomuniec. Chodzimy po ulicach centrum miasta i oglądamy fasady kamienic złocące się w zachodzącym słońcu. Aby jednak pokazać mi prawdziwe ciekawostki – P. zabiera mnie do… supermarketu. Tam, tuż obok kalendarzy adwentowych z Krecikiem – kalendarze adwentowe z bohaterami bajek, których nie pamiętam z lat mojego dzieciństwa. A obok czekoladowych Świętych Mikołajów – czekoladowe Diabły. Gdy zobaczyłem te ostatnie, przypomniał mi się Kołakowski: Gdyby nawet diabeł nie miał prawa do naszej sympatii, wolno mu przecież żądać sprawiedliwości czysto historycznej, owego wstrzemięźliwego hołdu, jaki się należy zawsze osobistościom wiele znaczącym w dziejach (Kołakowski 1989, t.3: 7). Czyż nie to właśnie robią Czesi rozszerzając ofertę X-Mas o Sex-Mas i 666-Mas?

Kalendarze adwentowe. Ołomuniec, Czechy. Fot.: P.

Czekoladowy Święty Mikołaj w towarzystwie czekoladowych diabłów. Ołomuniec, Czechy. Fot.: P.

Brno. Z tym miastem wiąże się najzabawniejsza anegdota, jaką usłyszałem podczas wyjazdu. Hiszpanie studiujący na Erasmusie w Ołomuńcu wybrali się na wycieczkę do Brna. Brno – drugie pod względem liczby mieszkańców miasto w Czechach – jest oddalone od Ołomuńca o około 50 kilometrów w linii prostej. Mimo tego, jadąc do Brna studenci cieszyli się, że jadą do… Szwajcarii. Do Szwajcarii jednak nie dojechali. I teraz już wiedzą, że to “e” w nazwie Berna to nie jakiś tam kaprys.

Bratysława. Miasto o fatalnym pijarze. Dotychczas byłem w stolicy Słowacji tylko przejazdem i wszystko, co zobaczyłem zdawało się potwierdzać zasłyszane wcześniej niepochlebne opinie. Że szare, że brzydkie, że nic w nim nie ma. Ale po dwóch dniach chodzenia po bratysławskim Starym Mieście stwierdzam, że dzień lub dwa można się tutaj śmiało powłóczyć, zjeść pieczone kasztany, posiedzieć w kawiarni i poszukać ciekawostek, takich jak ta na zdjęciu poniżej:

Bratysława. Trochę pomysłowego streetartu

Aj, i jeszcze jedno z Bratysławy. Na Starym Mieście mają bardzo solidnie zaopatrzony salonik prasowy. Świeże gazety, kolorowe magazyny i poważne periodyki z całego świata, w tym nawet prasa arabska. …i ani jednej polskiej gazety :-)