W Berlinie
Umówmy się: Berlin to nie jest piękne miasto. Ale klimat swobody i luzu urzeka. Scena 1: wychodzi dziewczyna na ulicę. Trochę jakby zaskoczona spogląda w niebo, w stronę grzejącego niemiłosiernie słońca. Zdegustowana upałem wycofuje się do spożywczaka i po paru minutach wychodzi z butlą zimnego piwa w dłoni. Scena 2: jesteśmy w ogrodzie przy Pałacu Charlottenburg. Nagle – burza, deszcz i grad. Chowamy się pod drzewem i pod parasolem. Tuż obok przebiega para Niemców – co chwila obrywają kulkami lodu i mają z tego powodu niezły ubaw: krzyczą “aua” i śmieją się. Scena 3: po półgodzinie stania w kolejce po currywurstkebab w Mustafa’s Gemüsekebap (Mehringdamm 32) bierzemy jedzenie, przechodzimy na drugą stronę jezdni, wchodzimy w boczną uliczkę, siadamy na chodniku i jemy. Nikogo to nie dziwi, łącznie z nami, choć w Toruniu zwykle na chodnikach nie siadamy. Scena 4: chodzimy późnym wieczorem po okolicach dworca Zoo. Zmęczeni siadamy na przystanku komunikacji miejskiej, który jest w tej chwili out of service. Znowu działa ten luz, który powoduje, że definiuje się przestrzeń miejską nie zgodnie z jej zastosowaniem, lecz z własnym widzimisię. Scena 5: nagminnie przechodzimy przez ulice na czerwonym świetle albo w miejscach, gdzie nie ma pasów. Raz nie zauważyliśmy samochodu i weszliśmy na czerwonym na pasy. Samochód Polizei poczekał aż przejdziemy i dopiero wtedy skręcił i przejechał za naszymi plecami. Po trzech dniach chodzenia po mieście nie udało mi się stwierdzić, że czegoś tutaj nie wolno.



