O hegemonii paradygmatu naukowego

Nauka – mam tu na myśli zarówno tak zwane nauki ścisłe/przyrodnicze, jak i społeczne – to jeden z najbardziej destrukcyjnych sposobów rozwiązywania ludzkich problemów. Jest w dodatku wyjątkowo nieatrakcyjny. By naukę ludziom zaszczepić, należy tresować ich w korzystaniu z tego paradygmatu już od najmłodszych lat. Niedostępna, zamknięta w instytutach i laboratoriach trafia do ludzi tylko w postaci gotowych produktów dostępnych w sklepach, aptekach, usługach, mediach. Owe twory mają status najlepszego remedium na dręczące ludzi problemy i pytania, a dzieje się tak dlatego, że po pierwsze zwykły śmiertelnik nie ma pojęcia, jak one powstały, a po drugie – nie wie nic o zatajonych obwarowaniach co do ich skuteczności i dziesiątkach przemilczanych „ALE”.

Mimo tych ukrytych wad, nauka zdobyła status pierwszej i kluczowej instancji, do której należy się zwrócić w kłopocie, rugując z tego pola magię, religię, astrologię, mądrość ludową, i tak dalej. Oczywiście, żaden z tych systemów – łącznie z nauką – nie działa w stu procentach, ani nawet w 99. Wszystkie sprawdzają się lepiej lub gorzej i wszystkie są mniej lub bardziej wadliwe, bo w gruncie rzeczy opierają się na tym samym mechanizmie: tajemniczność, specjalizacja, elastyczny system tłumaczenia własnych porażek, pewna dawka sklerozy co do własnej użyteczności i pogarda dla innych sposobów radzenia sobie z problemami. No i najważniejszy element: wiara swojej klienteli w słuszność stawianych diagnoz i proponowanych recept.

Daleko mi do negowania i odrzucania nauki. Uznaję ją, tak samo, jak uznaję pozostałe systemy radzenia sobie z kłopotami, tak długo, jak długo potrafią one tworzyć recepty skuteczne dla swoich stronników. Ubolewam jednak nad dramatycznym zachwianiem proporcji. Religia i nauka wycięły w pień poprzedzającą je „pogańską” i ludową wiedzę, nie mniej skuteczną, ale nie „naszą”, więc – złą. W efekcie – w ramach religii i nauki – oddajemy dziś cześć bożkom, które nie tyle uczyniły nas bogatszymi, co posiadane dobra wymieniły na inne o podobnej wartości.

Choć staram się mówić o nauce w ogóle, powyższe linki odnoszą się do spraw związanych z medycyną, więc proponuję jeszcze przez chwilę przy medycynie pozostać. Powiedzmy, że chcę zadbać o swoje zdrowie poprzez stosowanie właściwiej diety. Co mogę zrobić? Mam w zasadzie trzy drogi.

Jedna, godna pożałowania, to udać się do znachora, spadkobiercy zbieranej przez tysiące lat wiedzy o działaniu rozmaitych substancji na ludzki organizm. Znachor zajmie się mną, jako jednostką, powie mi, co jeść, czego się wystrzegać, zaoferuje mikstury przekazane mu przez poprzedników. Nie jest on jednak godzien zaufania, bo w przeciwieństwie do medycyny konwencjonalnej, naukowo usankcjonowanej, nie musi on posiadać dyplomu uniwersytetu, nie musi dzielić się zyskami z firmami farmaceutyczymi i może z powodzeniem, w wielu przypadkach, zastąpić lekarza.

Druga, zła, bo zbyt samodzielna, to przeczytać setki – sponsorowanych przez producentów owoców, warzyw, leków i tak dalej – wzajemnie wykluczających się raportów z badań mówiących o zdrowotnych walorach poszczególnych produktów. Badania te prowadzone były na laboratoryjnych – to jest: wyprodukowanych do życia w sztucznym środowisku – szczurach, które dnia nie przeżyłyby poza swoją klatką. Owe szczury poddawano takiemu wpływowi badanych czynników, z jakimi człowiek nigdy nie będzie miał do czynienia. Jakby tego było mało, o wypuszczeniu preparatu na rynek zdecydowały nie tyle testy skuteczności i wyniki badań, co popyt wymagający natychmiastowego zaspokojenia (nawet jeśli przy okazji trzeba było użyć substancji zakazanych prawnie).

Trzecia droga, właściwa, bo nie pomijająca pośrednika, to wizyta u lekarza, który właśnie wrócił z wakacji na Majorce, opłaconych przez producenta witamin (polecam link, bo dostarcza odcieni szarości moim barwnym dywagacjom). I teraz ja, w ramach diety, będę te witaminy łykał (bo jeden zestaw witamin jest tak samo dobry dla wszystkich). Z tego miejsca mogę tylko pozdrowić wszystkich nieszczęśników uzależnionych od leków, które ani nie uczynią ich zdrowszymi, ani szczęśliwszymi, ale za to nabiją kiesę producentom tych preparatów i pośrednikom.

Oczywiście, należy pamiętać, że znachor ma na koncie nie mniej grzeszków niż lekarz. Pytanie tylko, który z tej dwójki będzie bardziej na mnie naciskał, bym uwierzył, że jest od swojego adwersarza lepszy (podczas gdy obaj są siebie godni)?

W ten sam sposób mógłbym się powyzłośliwiać nad naukami społecznymi (albo naukami ścisłymi niemedycznymi), które funkcjonują na podobnych zasadach. Zdecydowałem się jednak na nauki ścisłe związane z medycyną, ponieważ są one szczególnie groźne dzięki zdolności do dostarczania ogromnej liczby produktów, dzięki potężnemu budżetowi i agresywnemu marketingowi. W dodatku są one – ze zrozumiałych powodów – traktowane bardzo poważnie. Cały czas zastanawiam się jednak, czy bardziej destrukcyjna jest nauka sama w sobie, czy też raczej reagujące na jej hegemonię kontr-trendy, a wśród nich – zmieniając temat – ekoterroryzm.

Ostatnio, w ramach Planete Doc Review (ja niektóre filmy oglądałem w Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu), mieliśmy okazję podziwiać doskonałe przykłady ekoterrorystycznej, antycywilizacyjnej propagandy. Przykładem niech będzie film pt. „Wiek głupoty” prezentujący katastroficzną wizję Ziemi w roku 2055. Chodzi oczywiście o globalne ocieplenie. Ludzie w roku 2009 nic nie zrobili by zmianę klimatu powstrzymać i w efekcie Ziemia, w postaci w jakiej ją znaliśmy, przestała istnieć. Zostało po nas tylko muzeum i kustosz opowiadający nam o naszej głupocie. Pomijając pomniejsze sztuczki i kruczki, kluczową i najbardziej zniechęcającą do filmu manipulacją było wrzucenie całego zła tego świata do jednego worka i stwierdzenie: wszystko to jest przyczyną globalnego ocieplenia. Żadnych niuansów, żadnych podziałów, żadnych szarości. Żadnych wątpliwości, że uratują nas wiatraki (i pewnie tylko w ten sposób można zrównoważyć niezachwianą wiarę „starych” naukowców w ropę). Kiedy po seansie zapytałem uczestniczącego w debacie pro-wiatrakowego ekologa, jak długo pojedynczy wiatrak musi pracować, by odpracować energię wykorzystaną do jego stworzenia, nie dostałem satysfakcjonującej odpowiedzi. Czy mam przez to rozumieć, że nie wiadomo, czy taki wiatrak jest w stanie odpracować CO2 wyprodukowane do wytworzenia wszystkich jego elementów, przetransportowania ich na miejsce, zainstalowania i później – demontażu i recyclingu?

Film, oczywiście, trafił na podatny grunt. I nie chodzi tu tylko o to, że na widowni pojawili się sami lewacy, ekolodzy itd. Chodzi raczej o to, że bez względu na pronaukową indoktrynację prowadzoną od najmłodszych lat życia, jesteśmy istotami z gruntu irracjonalnymi (niech osoba w pełni racjonalna pierwsza rzuci we mnie kamieniem). Racjonalizm jest też stosunkowo nudny, nieintuicyjny i pełen błędów. Jeśliby się dobrze nad „Wiekiem głupoty” zastanowić, to naprawdę trudno uznać, aby sposób przedstawienia tej wizji odwoływał się do ludzkiej racjonalności. I w tym jego siła. Na tej samej zasadzie działa Hollywood. Dlaczego o Oscara w kategorii najlepszych filmów 2009 roku walczyła opowieść o człowieku, który urodził się w ciele starca i ciało to młodniało wraz z wiekiem? Dlaczego wygrała opowieść o chłopaku ze slumsów, który, choć w życiu nie trzymał książki w ręku, wygrał hinduską edycję milionerów? Dlaczego każdego tygodnia przepuszczamy miliony w totolotka? I co to mówi nam o nas samych?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s