O pułapce myślenia binarnego

Humaniści i ścisłowcy? Fałszywa dychotomia. I jednych, i drugich jest w społeczeństwie niewielu. Dzieląc jednostki w ten sposób otrzymujemy nieadekwatny obraz rzeczywistości. Ograniczeni do dwóch typów zmuszeni jesteśmy albo pomijać wiele obiektów, albo przypisywać im cechy, których one nie posiadają. Owo nieporozumienie nie bierze się jednak z nieumiejętności kategoryzowania rzeczywistości przez osoby tę dychotomię stosujące. Ma ono raczej charakter strukturalny. Z określonych powodów dzieje się tak, że – ograniczeni do, trącącego banałem, schematu kategoryzacyjnego – upychamy całe tłumy ludzi w jednym worku z humanistami.

Nim przejdziemy dalej, pokażmy, że ów schemat kategoryzacyjny można rozbudować. Rozszerzmy więc typologię dodając najpierw ludzi nadających się na kierunki związane ze sztukami pięknymi. Jest ich – oczywiście – niewielu, ale są stosunkowo łatwi do wyodrębnienia. Mamy już trzy kategorie. Zbiór humanistów także należy rozbić na – co najmniej – dwie osobne kategorie: osoby związane z naukami społecznymi (na przykład socjologia i psychologia), a także osoby należące do „prawdziwej” humanistyki, czyli filologów, lingwistów i tak dalej. Ale czy to wszystko? Nie. Oprócz nich jest też kolejna grupa ludzi: osoby posiadające umiejętności „zawodowe”. Szalenie ważni i potrzebni, ale zmarginalizowani po upadku komunizmu. To grono można rozbijać na kolejne podkategorie i pewnie da się wyróżnić jeszcze inne, pozwalające nam szerzej spojrzeć na rzeczywistość społeczną. W tym jednak miejscu takie ujęcie rzeczonego schematu kategoryzacyjnego jest w pełni wystarczające. Choć uważam, że należy jasno i wyraźnie oddzielać od siebie nauki społeczne i humanistyczne, w tym tekście mówiąc „humaniści” mam na myśli obydwa te gatunki. Uproszczenia tego używam ze względu na jego powszechność oraz dlatego, że opisywane problemy są – mam wrażenie – wspólne dla badaczy społecznych i humanistów.

Wróćmy teraz do spraw najistotniejszych. Kto wspomniany podział na humanistów i ścisłowców narzucił? Komu opłaca się, żeby ludzie – a przynajmniej ich większość – myślała w tych kategoriach? Jakie mechanizmy ogólnospołeczne sprzyjały i sprzyjają tej sytuacji? Jakie działania podejmują aktorzy i instytucje będące beneficjentami tych uwarunkowań?

Odpowiedź na podstawowe pytanie – komu to się opłaca? – nie jest trudna: z tego stanu rzeczy największe korzyści czerpią sami humaniści. Nie wszyscy, oczywiście. Utrzymanie tego podziału rodzi korzyści przede wszystkim dla jednostek (mam tu na myśli zarówno indywidualnych aktorów jak i instytucje) kształcących humanistów. Zbudowana na bazie owej fałszywej dychotomii machina edukacyjna to źródło miejsc pracy i pieniędzy płynących tak od państwa jak i od studentów. Kiedy machina przestanie działać? Wtedy, gdy ogół społeczeństwa zda sobie sprawę, że ścisłowiec nie równa się nie-humanista, a nie-ścisłowiec nie równa się humanista, czyli – kiedy ludzie zrozumieją, że podział ten nie jest komplementarny.

Jakie mechanizmy ogólnospołeczne sprzyjały i sprzyjają tej sytuacji? Przede wszystkim – kult wyższego wykształcenia i towarzyszący mu spadek poważania dla wykształcenia zawodowego. Należy pamiętać, że obecna sytuacja nie jest wynikiem spisku, nie jest skutkiem celowego narzucenia społeczeństwu sposobu myślenia (także o sobie samym), działania i podejmowania decyzji (także w kwestii wyboru studiów w ogóle jak i konkretnego kierunku studiów). Dlatego na pytanie „kto wspomniany podział na humanistów i ścisłowców narzucił?” najwłaściwsza odpowiedź brzmi: sytuacja, czynniki zewnętrzne. Stało się tak, ponieważ w zaistniałej sytuacji podjęto najbardziej – z punktu widzenia konkretnych jednostek i instytucji – racjonalne decyzje gwarantujące własne przetrwanie. Jeśli środowiskiem jest społeczeństwo ceniące wysoko dyplom magistra, a także gardzące wykształceniem zawodowym oraz ścisłowcy dbający o swoją odrębność (z ich punktu widzenia mamy ścisłowców i całą resztę, nazwaną dla wygody humanistami), a także takie czynniki jak wyż demograficzny, to tworzą się doskonałe warunki dla humanistów, aby wypełnić lukę powstałą poprzez uwzględnienie wszystkich tych tendencji i dać masom to, czego pożądają, czego skąpią im ścisłowcy, czego nikt inny nie jest w stanie im dostarczyć.

Jakie mechanizmy stosują aktorzy i instytucje będące beneficjentami tych uwarunkowań? Przede wszystkim, humaniści wiele zawdzięczają ścisłowcom. Ich strategia jasnego odróżniania się, ostrych kryteriów przynależności, dobrze – nawet jeśli samobójczo – funkcjonujących sit kwalifikacyjnych ułatwia humanistom zadanie. Skoro jednostki są nieścisłowcami – do czego sami ścisłowcy starają się je przekonać – to są humanistami, czemu humaniści „kwalifikowani” nie przeczą, bo przecież mają w tym interes. Ze swojej strony humaniści przerzedzają sita kwalifikacyjne do tego stopnia, że prawie każdy zainteresowany może otrzymać pozytywny wynik z egzaminu wstępnego (co jest swoistym potwierdzeniem przynależności do grona humanistów), a dla tych, którzy otrzymali wynik negatywny, otwierane są pomniejsze ośrodki, gotowe mianować swych klientów na humanistów.

Bilans działań podejmowanych przez władnych (czyli korzystających z utrzymywania się istniejącego schematu kategoryzacyjnego, a zatem całego systemu) humanistów nie jest jednoznacznie pozytywny. Przynosi on wymierne korzyści – zapewnia pracę, karierę, pieniądze i pozwala plasować się w czołówce najbardziej poważanych zawodów, co także jest istotną korzyścią, i nie chodzi tu tylko o łechtanie ego jego posiadaczy. Z drugiej strony, taka sytuacja szkodzi recepcji humanistyki w społeczeństwie. Zamiast o success stories prawdziwych talentów, słuchamy o failure stories osób, które dały się nabrać otoczeniu, sytuacji, humanistom, mediom (które kilka lat temu trąbiły peany na cześć wyższego wykształcenia, a dziś „debatują” nad wielkim problemem będącym również ich dziełem – ale o tym już się nie wspomina) i uwierzyły w swoje humanistyczne umiejętności. W dodatku, taka sytuacja szkodzi humanistyce wewnętrznie. Słabi absolwenci są źródłem słabych produktów intelektualnych, a na słabych produktach intelektualnych kształcą się pokolenia słabych adeptów tych nauk. W efekcie humanistyka traci podwójnie. Są to jednak straty dostrzegalne tylko w perspektywie długoterminowej. Nim humanistyka sięgnie dna – mam tu na myśli przede wszystkim jej odbiór w społeczeństwie – minie jeszcze trochę czasu, a to wszystko dzięki dobrze zakorzenionemu podziałowi na humanistów i ścisłowców, którego nikt nie zamierza zdemontować.

Co należy zrobić, aby sytuacja uległa zmianie? Jak powiedziałem wcześniej, humaniści – mimo iż są beneficjentami zaistniałej sytuacji – nie są architektami tego stanu rzeczy. Wykorzystują, owszem, społeczne uwarunkowania, ale mają na nie niewielki wpływ. Ze swojej strony mogą oni co najwyżej zaostrzyć kryteria kwalifikacyjne, ograniczyć liczbę studentów, zamknąć najsłabsze ośrodki. Nie należy się jednak spodziewać, że to uczynią. Są ludźmi, mają plany, rodziny, spłacają kredyty. Mają też chętnych, popyt. Do pewnego stopnia sytuację tę skoryguje niż demograficzny, ale bez przywrócenia należnego uznania dla wykształcenia zawodowego, bez odmitologizowania dyplomu magistra, bez ścisłowców potrafiących się reprodukować w większych ilościach, bez lepszych mechanizmów rysowania przed młodymi ludźmi wizji ich przyszłości – zmieni się niewiele.

3 thoughts on “O pułapce myślenia binarnego

  1. > bez ścisłowców potrafiących się reprodukować w większych ilościach

    Znaczy że co? Sugerujesz, że dzieci ,,ścisłowców” też będą ,,ścisłowcami”? System kastowy wprowadzasz? ;)

    1. Nie, w żadnym razie! Nie chodziło mi o reprodukcję biologiczną, tylko „systemową”. O „produkowanie” ścisłowców.

      Zagadka: na jakich lekcjach w liceach (w gimnazjach pewnie też) dzieciaki najczęściej mogą usłyszeć, że są do niczego? Z mojego doświadczenia – i rozmów – wynika, że na matematyce. A jestem pewien, że w każdej klasie dałoby się wyłowić parę dodatkowych osób nadających się na ścisłowców. W skali kraju rozwiązałoby to problem rynkowego zapotrzebowania na takich ludzi. Oczywiście, nie można zwalać całej winy na nauczycieli, ale to już inny problem.

      …a to, że dzieci ścisłowców z większym prawdopodobieństwem zostaną ścisłowcami niż dzieci nieścisłowców to sprawa raczej naturalna :> Rodzina też przecież nie reprodukuje tylko biologicznie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s