Uczciwość w stylu tablo

Rozmawiałem ostatnio z pewnym Amerykaninem, który pracował w Polsce jako dziennikarz na początku lat 90. Opowiadał o doradcach z Zachodu, którzy uczyli polskich dziennikarzy jak się robi tabloidy. Jedna z lekcji: prowokacja dziennikarska. Pojętni uczniowie z Super Expressu wzięli sobie wykład do serca i postanowili wnieść bombę na pokład samolotu. Prowokacja się udała, wniesienie bomby okazało się możliwe. Doradcy z Zachodu osłupieli jednak na wieść, że bomba była prawdziwa. Do głów im nie przyszło, żeby pouczyć dziennikarzy, że wystarczy atrapa.

Nie wiem, czy ta anegdota jest prawdziwa. Bardzo możliwe, że owi doradcy wymyślali takie legendy, żeby się pośmiać z dzikich. Tak czy inaczej – zgniły Zachód zawsze był do przodu pod względem stabloidyzowania mediów i niewiele w tej kwestii zmieniło się do dziś (choć gonimy, gonimy). Dlatego, jeśli chcesz zobaczyć podłą przyszłość, spójrz tam, gdzie słońce znika za horyzontem, patrz w dal i szukaj nikczemnych wysp. Brytyjskich.

Na Wyspach trwa właśnie dyskusja o sensowności istnienia The Press Complaints Commission (coś podobnego do Rady Etyki Mediów). PCC to instytucja nadzorująca brytyjską prasę. W założeniu ma (miała) ona dbać o standardy dziennikarskie oraz – bronić praw obywateli, ich prywatności, dobrego imienia, możliwości odpowiedzenia, ogłoszenia sprostowania, itd. Problem polega jednak na tym, że PCC składa się z… wydawców prasy. Co więcej, to oni sami PCC opłacają nie dając komisji mocy prawnej. Komisja to sąd koleżeński. Bardzo wyrozumiały sąd koleżeński.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat do PCC spłynęło 28 tysięcy skarg. 90% odrzucono z powodów formalnych. Z pozostałych dziesięciu procent Komisja utrzymała 0,69% skarg (źródło: The Guardian). Nie jestem zwolennikiem mnożenia przepisów i regulacji, powoływania instytucji nadzorujących i mierzenia każdej sytuacji jednym paragrafem. Jednak w pojedynku obywatel – koncern medialny siły rozłożone są nieproporcjonalnie do tego stopnia, że trudno przyglądać się tej sytuacji z założonymi rękami. Mowa o pojedynku bezbronnej jednostki z potęgą, która profilaktycznie, nim spyta, o co chodzi, stosuje (prawniczy) nalot dywanowy.

A wszystko to w imię wolności prasy. Dlatego na miejscu są słowa Nicka Daviesa, dziennikarza śledczego z Guardiana, który powiedział, że kiedy rozmawia się z dziennikarzami, wszyscy oni mówią, że wierzą w wolność prasy. Tylko, że w obecnych warunkach to tak, jakby gwałciciel mówił, że wierzy w wolną miłość (na podstawie: The Guardian). Nie pozostaje nam nic, jak tylko obserwować, czy uda się Brytyjczykom stworzyć instytucję, która będzie niezależna i będzie posiadała moc równoważącą bezsilność prostego człowieka wobec potęgi mediów (jeszcze tylko kosmitów brakuje w tym akapicie). Jeśli uda się tam, to – good news – za dziesięć lat, kiedy nie będzie już prasy, doczekamy się w Polsce instytucji, która będzie prasę kontrolowała!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s