Myśl przygnieciona pomnikiem: o Kapuścińskim

Wyzłośliwiałem się już parokrotnie – chociażby przy okazji recenzji książki Krzysztofa Mroziewicza – na laurki wystawiane Ryszardowi Kapuścińskiemu. Nie mam mentalności budowniczego pomników. Nie mam też mentalności destruktora i gnębiciela. Nie lubię ludzi ani wysoko na cokołach, ani głęboko w bagnie. Bo prawdziwi ludzie są zawsze pośrodku. I tacy są najciekawsi, takich lubię. Lubię, gdy są cali, gdy są w pełni – trudni, uwikłani, lawirujący, walczący, wątpiący, trochę dumni i trochę upokorzeni. Takich szanuję, o takich myślę, takich podziwiam.

Dlatego czekałem – czekam – niecierpliwie na biografię Kapuścińskiego autorstwa Artura Domosławskiego. I jednego, i drugiego czytam od lat. Domosławskiego posądzałem już wcześniej – choć chyba nigdy publicznie – o dużą dozę niezależności i, jak się okazuje, najwyraźniej miałem rację. Wydaje się, że żona Ryszarda Kapuścińskiego, Alicja Kapuścińska, uznała, iż powiedział za dużo i w efekcie stara się sądownie jego publikację zablokować. Nie mnie oceniać Jej decyzję. Na pewno nie była łatwa. Podobnie jak łatwa nie mogła być decyzja Domosławskiego o tym, jak tę biografię napisać.

Wróćmy do Ryszarda Kapuścińskiego. W sporze „mówić” – „nie mówić” jestem w tym pierwszym obozie. I mówię to z perspektywy osoby, która wie, że gdyby nie książki Ryszarda Kapuścińskiego – byłaby trochę inna, uboższa. Jednocześnie jest to perspektywa osoby, która Kapuścińskiego traktuje jak partnera i ożywia go trudnymi pytaniami, wątpliwościami, czasem podziwem i czasem złością, ale nigdy – dymem z kadzideł wydobywających się przy ołtarzyku.

Jeśli ktoś myśli, że facet, który trafia do Afryki z tak słabą podstawą jeśli chodzi o wiedzę (choć być może nie doceniam oferty edukacyjnej okresu stalinizmu), który trafia tam z tej strony żelaznej kurtyny, trafia tam praktycznie bez znajomości języków, bez obycia, ze służbami na karku, ze śmiercią w tle, jeśli ktoś myśli, że taki facet przeprowadza tam uczone wywiady z rzezimieszkami potrafiącymi jedynie wymachiwać maczetą oraz z absolwentami angielskich i amerykańskich szkół (vide: Kwame Nkrumah), wyprzedzających go językowo i merytorycznie o kilka długości, jeśli ktoś myśli, że ten facet wtedy był prymusem z dzisiejszych standardów dziennikarskich, to ja mu chętnie podam rękę i pogratuluję niebywałej naiwności. Wielkość Kapuścińskiego nie polega na tym, że ktoś go nazwał dziennikarzem stulecia, że ktoś mu przypiął jakiś medal, albo dał jakiś dyplom. Jego wielkość polega na tym, że był nikim, że zaczynał z tragicznie słabej pozycji, że był skazany na porażkę, a osiągnął tak wiele mimo ogromnej liczby przeciwności, mimo przeszkód i utrudnień. I bez pokazania tych przeszkód i utrudnień – oraz tego, jak się z nimi zmagał, jak im ulegał i jak stawiał opór – Kapuściński pozostanie uproszczony, zredukowany, zbanalizowany.

Jeśli ktoś czyta Kapuścińskiego, żeby podszkolić się z geografii lub z historii, żeby wynotować sobie fakty i fakciki, żeby stać się domorosłym ekspertem od krajów Trzeciego Świata – niech lepiej odłoży te książki z powrotem na półkę. Nie po to – moim skromnym zdaniem – je Kapuściński napisał i nie taki ma być ich przekaz. Nie chcę budować jedynie słusznej wykładni, ale gdyby ktoś poprosił mnie o radę, jak Kapuścińskiego czytać, powiedziałbym: wbij sobie do głowy to: „…tylko życzliwość do drugiej istoty jest tą postawą, która może poruszyć w niej strunę człowieczeństwa” (Kapuściński 2006: 75), a potem – czytając – obudowuj ten cytat, doklejaj warstwy, staraj się zrozumieć, zbudować kontekst, a gdy już pojmiesz – traktuj go jako dyrektywę, kieruj się nim w życiu. Bo to ważniejsze, niż wiedza o tym, w którym roku była jakaś rewolucja, albo jak nazywał się jakiś prezydent.

Przy okazji, sytuacja ta pięknie pokazuje, jak media mainstreamowe budują wizerunki, jak tworzą tzw. „autorytety” w oparciu o mechanizm odmowy wiedzy, przysłaniając ciemne karty i do obrzydzenia eksponując te pozytywne, nie pozwalając, żeby coś innego – dwuwymiarowego, niejednoznacznego, wymagającego myślenia – przedostało się do odbiorcy (i jakże hermetyczny jest to system! jak doskonale zamknięty! jak trudno jest coś poza jego obręb wydobyć, cokolwiek ujawnić!). Inna sprawa, że trzeba mieć talent, kulturę i wyczucie, żeby z błota ulepić coś, co zamiast wyzwolić złe emocje, pozwoli spojrzeć dalej i szerzej. Ufam, że Artur Domosławski podołał.

Więcej:

  • blog Artura Domosławskiego.

UPDATE (14:45): PS. Przeczytałem właśnie notkę Artura Domosławskiego o filmie „Towarzysz Generał”. Ciekawa rzecz dla analityków dyskursu. Ktoś mógłby się pokusić o metapoziomowe porównanie argumentów przeciwników książki Domosławskiego z argumentami Domosławskiego przeciw filmowi.

4 thoughts on “Myśl przygnieciona pomnikiem: o Kapuścińskim

  1. Hmm..zgadzam się z Twoim poglądem. Myślę, że należy pisać o osobach/rzeczach prawdziwie a nie gloryfikując, bo to do niczego nie prowadzi:) Dziwi mnie trochę protest żony Kapuścińskiego, bo jakiś czas temu czytałem (chyba w Dużym Formacie) wywiad z Nią i bynajmniej nie przedstawiała w nim męża jako osoby doskonałej..zastanawiające:)

  2. Obawiam się, że kiedy to mówiła, nie wyobrażała sobie, że ktoś wyjdzie przed szereg i powie więcej niż ona sama. Z Jej strony to jest pewnie protest gatekeepera, kogoś, kto decyduje, co powiedzieć można, a co należy pominąć (i do pewnego stopnia ma do tego prawo, to jest przecież również Jej życie).

    A co do protestów przeciw książce ze strony zwykłych ludzi to też się nie dziwię. Jeśli najpierw wypisują w komentarzach, na facebookach itp, jaki to RK był wspaniały, jak wielką miał klasę, jaki był jedyny, niepowtarzalny, jaki dobry i uczciwy, to potem – kiedy okazuje się, że był jednak trochę inny – wychodzą na naiwniaków. (Przynajmniej w swoim przekonaniu, bo w moim – nie; a dlatego „nie”, że pisząc swoje peany po prostu nie mogli wiedzieć wszystkiego, znać szerszego kontekstu).

  3. Na pewno nie mogli znać szerszego kontekstu – to logiczne, ale logiczne też jest, że ten kontekst musiał istnieć bo nie ma ludzi wspaniałych. Są ludzie normalni..oczywiste jest, że mimo niezwykłych zalet mają też wady, dlatego wszelkie bezkrytyczne stawianie pomników jednak jest trochę naiwne:)tak myślę..

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s