Márai vs Bobkowski

Rozmawialiśmy o książkach. Powiedziałem: Márai, Bobkowski. Ale to nic nie znaczy. Trzeba opowiedzieć klimat książek. Próbuję tu.

Dziennik Sándora Máraiego to zadymiona kawiarnia, gwar dysput prowadzonych przy stolikach o marmurowym blacie i ciężkich, żelaznych siedzeniach, to mocna kawa i poranna gazeta przynosząca wieści ze świata, podczas gdy w uszach wciąż pobrzmiewa świeża, lokalna plotka. Jakiś romans. Jakaś rewolucja. I poczucie, że w tym małym dramacie zawiera się wszystko, cała historia, cały świat, że nic już dodać nie można. W zamian trzeba się pogodzić, że przed nami spektakl ten grano już miliony razy. Raz lepiej, raz gorzej. Ostatecznie różnimy się tylko aktorskim kunsztem.

Szkice piórkiem Andrzeja Bobkowskiego to wiosna/lato, zacieniony drzewami taras, co jakiś czas szum wiatru zagłuszający rozmowy ptaków i – koniecznie – lampka dobrze schłodzonego, białego wina. I poczucie, że oto, oficjalnie, mam wszystko w nosie i liczy się tylko ta chwila: nie przejmuję się nikim i niczym, a zwłaszcza – nie sobą. A gdy już trzeba będzie wrócić do świata, to również z dystansem, by nie oddać siebie „wyższym” istotom, ideom, by nie ulec wymogom i namowom. Bo czym jest absolut w porównaniu z piersią dziewczyny i jej pocałunkiem? Bzdurą (Bobkowski 2003: 273).

Może powinienem był powiedzieć: Bobkowski, Márai.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s