Kapuściński: „non-fiction” vs „santo subito”

Byłoby ciekawe, gdyby ktoś zbadał, w jakim stopniu światowe systemy masowego przekazu
pracują w służbie informacji, a w jakim – w służbie ciszy i milczenia.
— Ryszard Kapuściński

Bingo.

Przez ostatnich kilka lat przeczytałem dziesiątki tekstów o Ryszardzie Kapuścińskim. Wycinałem, zbierałem, segregowałem. Im więcej ich miałem, tym bardziej nieufnie spoglądałem na wyłaniający się obraz. Wszystko w jeden deseń, na jedno kopyto, każdy głos w tym samym tonie. Gdybym czytał Kapuścińskiego uważniej, gdybym pilniej pobierał lekcje – wiedziałbym, że te wszystkie teksty pracowały w służbie ciszy i milczenia. Z tego powodu, zamiast Kapuścińskiego „non-fiction”, dostawałem Kapuścińskiego „santo subito”.

Dlatego jestem pozytywnie zaskoczony szczerością i uczciwością Artura Domowsławskiego w opisie mechanizmów, jakie sprzyjały tej – moim zdaniem niezdrowej (a nie jest to, o dziwo, opinia powszechna) – sytuacji. Z tekstu wypreparowałem trzy „mechanizmy ciszy”. Pierwszy element: solidarność środowiskowa i zwykła ludzka sympatia.

Kapuściński nie miał krytyki, bo krytykę sam unieszkodliwiał. Znał osobiście prawie wszystkich wpływowych recenzentów, wszyscy go lubili. […] Wielu imponowało to, że znają Kapuścińskiego, a po jednej z nim rozmowie niejeden mniemał, że jest jego starym przyjacielem. Jak o kimś takim napisać coś krytycznego? (Domosławski 2010: 407).

Czasem zdarzali się niepokorni. Albo pisali sami, albo chcieli przemycić do kraju teksty krytyczne zza granicy. Ale rozbijali się o ścianę, o redaktorskie sito. Zatem – drugi element: bariery instytucjonalne.

Dawna koleżanka z PAP, Wiesława Bolimowska, która w latach dziewięćdziesiątych zaczęła redagować uniwersytecki periodyk „Afryka”, powiadomiła Kapuścińskiego, że planuje opublikować esej najwybitniejszego znawcy życia Hajle Sellasje – krytyczny wobec Cesarza. […] (Inna afrykanistka z Uniwersytetu Warszawsiego opowiada, że tekst oferowano różnym gazetom i tygodnikom – wszyscy grzecznie odmawiali). (ibid.: 408).

Niektórzy krytycy byli jednak zbyt silni, by mogły ich zatrzymać tego typu bariery. Przykładem Maria Janion, która poddała w Niesamowitej Słowiańszczyźnie krytyce Imperium Kapuścińskiego. Tego rodzaju teksty rozbijały się o trzeci element mechanizmu ciszy: brak reakcji ze strony samego Kapuścińskiego.

Nigdy nie odpowiedział na żadną z krytycznych opinii. Świadomie przyjął strategię przemilczania. Równie mocno przeżywał głupie, pełne złej woli ataki, co próby dyskusji podejmowane przez poważnych ludzi. Milczał tak samo wobec jednych i drugich. Nie lubił (nie chciał?) się konfrontować, polemizować, spierać. Był nadwrażliwy – i wiedział o tym. Chciał być kochany i podziwiany. Lubił być słuchany, nie chciał śpiewać w wielogłosie (ibid.: 410).

Dyskusji nie było, bo do polemiki trzeba dwojga. Głosy krytyczne, nawet jeśli już się pojawiły – choćby pisane z wielką klasą, niezwykle łagodnie – nie żyły długo, bo Kapuściński nie przyjmował zaproszeń do tańca.

Wśród kolejnych przykładów pojawia się jeden szczególny. Mam trochę gorzkiej satysfakcji, bo pisałem kiedyś, że nie warto czytać recenzji pisanych przez Kapuścińskiego między innymi dlatego, że on nie może pozwolić sobie na krytykowanie innych, szczególnie młodych, początkujących autorów. Bo krytyka z jego strony to pocałunek śmierci. Taki pocałunek otrzymał Jakub Barua, filmowiec, który otwarcie wszedł w dyskusję z Kapuścińskim o polsko-afrykańskich relacjach i o rasizmie. Krytyka jego scenariusza filmowego pojawiła się w Lapidarium III. Książka była na bieżąco drukowana w Gazecie Wyborczej.

Barua jest przekonany, że krytyka Kapuścińskiego zaważyła na jego zawodowych losach w Polsce. […] Barua twierdzi, że z powodu krytyki (samego scenariusza, jeszcze nie filmu) szefowie redakcji, na zamówienie której przygotowywał ów dokument, sugerowali zmianę wymowy filmu. […] Gdy Barua odmówił dokonania zmian, szefowie – jak twierdzi – piętrzyli trudności, które sprawiły, że produkcja ślimaczyła się pięć lat. Film pokazał I program Telewizji Polskiej w sezonie urlopowo-wakacyjnym 2001 roku nocą. Barua twierdzi, że ktoś z ludzi decydujących o pieniądzach przyznawanych na produkcje filmowe zapowiedział mu w rozmowie w cztery oczy, że nie zrobi już żadnego filmu w Polsce (ibid.: 415).

Barua wyjechał do Kenii. Ale film to nie jedyna „przygoda”, jaka go w związku z Kapuścińskim spotkała. Podobnie było z tekstem, który opublikował w Newsweeku.

Z artykułu wypadł fragment otwarcie polemiczny wobec spojrzenia Kapuścińskiego na polsko-afrykańskie relacje.
– Lepiej Kapuścińskiego w tym artykule nie umieszczać – usłyszał Barua od redaktora tygodnika. – Twój tekst jest wystarczająco mocny.
Zgodził się na skreślenia w tekście; mimo tychże był mile zaskoczony decyzją opublikowania pionierskiego artykułu, krytycznego wobec poglądów Kapuścińskiego (bez wymieniania jego nazwiska), uważanego za wyrocznię w sprawach afrykańskich (ibid.: 414).

Pomijam tutaj powyciągane przez Artura Domosławskiego fragmenty (głównie) z Lapidariów, które mogą świadczyć o tym, że Kapuściński (bardzo) pośrednio ustosunkowywał się do zgłaszanych uwag oraz że starał się wytłumaczyć swoją cienką skórę, niemożność zniesienia krytyki. Wspominam o tym, bo moja relacja rozmija się chyba z wydźwiękiem tego rozdziału w książce. Ale wspominam o tym również dlatego, że to wielka wartość tej książki. Domosławski wielokrotnie wpisuje teksty Kapuścińskiego w powstające „białe plamy”. W pewnym sensie oddaje mu w ten sposób głos, pozwala się wypowiedzieć. Elegancki zabieg, który warto docenić także dlatego, że dzięki niemu można w książkach Kapuścińskiego dostrzec kolejne wymiary, nowe przestrzenie, ukryte konteksty. A przecież – między innymi – po to pisze się biografie, czyż nie?

Ale kluczowa lekcja to teraz – pamiętajmy – mechanizmy ciszy. Czasem wystarczy zwykła solidarność, sympatia, poważanie, by nikt nie pisnął słówka. Innym razem – grzeczna odmowa. Jeśli nie, to wtedy mniej grzeczne opóźnianie, utrudnianie. Albo – bardziej lub mniej wprost – dawanie do zrozumienia, że nic z tego nie będzie, że coś trzeba zmienić, wyciąć. Że tak się nie mówi, nie pisze. A gdy wszystko inne zawiedzie, jest jeszcze ostateczny mechanizm: brak reakcji. Nie podniecać ognia. Nie podnosić rękawicy. Dopełnić ciszę – milczeniem.

PS. To jest wielki skrót kilku stron z książki, ich duże uproszczenie. Proszę na podstawie tej notki nie wyrabiać sobie opinii o całej książce, jej autorze, czy Ryszardzie Kapuścińskim. Artur Domosławski napisał dobrą, uczciwą książkę, pełną pochlebnych – jego własnych i cytowanych – słów pod adresem Ryszarda Kapuścińskiego, pełną prób obrony Mistrza. Chwała mu za to, że nie uciekł, nie zdezerterował, przed trudnymi tematami. Dobrze, że w końcu pojawił się ktoś z jajami i dobrze, że był to Artur Domosławski, bo – bądźmy szczerzy – gdyby ten sam materiał dostał ktoś mniej Kapuścińskiemu przychylny – wtedy dopiero byłoby krwawo.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s