Globalna wioska Londyn

Tigrinia, szona, igbo, tswana, zulu, mokpe, wolof, niemiecki. Co to? To lista języków, na jakie natknął się w Londynie Jarek Sępek, autor W 80 dni dookoła świata (nie wyjeżdżając z Londynu). Wybrałem te najbardziej egzotyczne. Takie jak amharski, gudżaracki, urdu, syngaleski, katchi czy tagalog pomijam, bo to oczywistości. Próba znalezienia rozmówców posługujących się osiemdziesięcioma różnymi językami stanowi dla Jarka Sępka pretekst, by opowiedzieć o Londynie. Dlatego w tle pojawia się rozpasana monarchia, zatłoczone metro, tajemniczy i krwawy Kuba Rozpruwacz, równie tajemniczy i mniej krwawy Banksy, a tu i ówdzie przelewa się piwo.

Jarek Sępek dowiódł już, że z gracją motorówki z raperskich teledysków potrafi sunąć po powierzchni. Śmignął tak przez Europę, Stany, Australię, Afrykę. W swojej pierwszej książce udowadnia, że potrafi również iść wgłąb. Ale – żeby było uczciwie – to nie jest jeszcze pełne zanurzenie. Powiedziałbym, że ta książka to mniej więcej jedna czwarta pełnego zanurzenia. Nie ma w tym nic złego ani dziwnego. Jeśli celem jest spotkanie ludzi mówiących osiemdziesięcioma językami w osiemdziesiąt dni, to z definicji nie da się jednocześnie wgryźć w żaden temat. W zamian jednak otrzymujemy „globalne” spojrzenie na Londyn, miasto-świat.

Najlepsze są kawałki, kiedy natrafia Autor na ludzi,  których potrafi osadzić w szerszym kontekście, bo był w ich kraju, bo trochę ich już poznał, wie jak z nimi rozmawiać. Tak było, gdy spotkał chłopaka z Zimbabwe, gdy pisał o Bałkanach, gdy spotkał ludzi z Australii. Fragmenty o Australii podobały mi się najbardziej. Uwagi o „powrocie na miejsce zbrodni” (aluzja do pierwszych osadników, którzy byli więźniami zesłanymi tam z Anglii; Sępek 2010: 242), o australijskiej mitologii porażki (Ulubieni w Australii odkrywcy, Burke i Willis, słynni są dlatego, że pokonując bezdroża kontynentu, umarli z pragnienia pół mili od źródła wody; Sępek 2010: 246), o sporcie (Jedyna rzecz, której nie śledzę, to sport – raz mi się wymsknęło […]. Zareagował na to jeden oburzony Aussie: „Przecież sport to jedyna rzecz, jaką my śledzimy!”; Sępek 2010: 250), o backpackingu jako socjofilozoficznej arenie pogoni seksualnej lub kotle międzykulturowego cudzołóstwa (Sępek 2010: 252), czy o Aussie kiss (Wiesz, co to jest francuski pocałunek? […] Więc Aussie kiss jest tym samym, tylko, że całujesz tam, down under; Sępek 2010: 253). To było świetne, w duchu Pete’a McCarthy’ego i jego McCarthy’s Bar.

Podobały mi się również rozsiane po książce uwagi o, powiedzmy, cudzie spotkania. Chłopak z Zimbabwe: Nawet nie wiedziałem, jak tu jest, nikt nie wiedział. Nic nie jest w stanie przygotować cię na to, co tu zobaczysz i przeżyjesz. My jesteśmy z innego świata (Sępek 2010: 95). I dalej o tym, jak wyjazd zmienia ludzi, rodziny, więzi między tymi w kraju i na obczyźnie. Rozdział dalej i podobna opowieść z ust imigrantów z Indii:

Byliśmy z mężem ciekawi, jacy są u siebie Brytyjczycy, którzy rządzili nami przez dwieście lat. Wydawało nam się, że znamy ich styl życia: byli władcami, mieli wszystko, co najlepsze, pomoce domowe i tak dalej. Ale Brytania w roku 1965 nie miała z tym nic wspólnego – mówiła pani Renu. – Muszę przyznać, że to był olbrzymi szok. Brytyjczycy, których znaliśmy w Indiach, byli zupełnie inni. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że ten kraj jest tak podzielony klasowo. […] Byliśmy młodzi, mieliśmy idealistyczną wizję. Nie tego sę spodziewaliśmy – opowiadała, dodając: – To było zimne, ciemne i wyjątkowo nieciekawe miejsce, z ludźmi, którzy nie mieli wiedzy na temat reszty świata. Okazało się, że są bardzo, bardzo głupi. (Sępek 2010: 122).

Historii o tym, jak spotkanie zmienia wyobrażenia, jak otwiera oczy, jeszcze parę w książce jest. Sam, w Irlandii, spotkałem się z tym wielokrotnie. Rozmawiałem z Irlandczykami, Anglikami, Amerykanami, którzy mówili, że zupełnie inaczej nas – ludzi z Europy Środkowo-Wschodniej – sobie wyobrażali. To znaczy: albo wcale nie potrafili sobie nas wyobrazić, bo nic o nas nie wiedzieli, albo wyobrażali sobie, że będziemy zacofani, trudni, brudni i niezaradni. Wszyscy, których spotkałem mówili o zaskoczeniu i zawsze – zaskoczeniu na plus. Polacy też skonfrontowali swoje wyobrażenia z wyspiarską rzeczywistością. Większości wyszło to pewnie na dobre, pozbyli się kompleksów, otarli się chociaż o Innego. (Zabawna jest swoją drogą tendencja polegająca na tym, że im ktoś gorzej mówi po angielsku, im głębiej zanurzony jest w swoim narodowym getcie, im niższe jego kompetencje kulturowe, tym gorzej, z większą złością, nienawiścią wręcz, się o gospodarzach wypowiada. Ale to już inna bajka.)

Za wyznanio-przesłanie książki uznaję to zdanie: Nie jestem stąd, ale zawsze mi się podobało, że istnieją takie miejsca na ziemi, dokąd przyjeżdżają ludzie z różnych stron i czują się swobodnie (Sępek 2010: 215). I to jest bardzo pozytywny akcent, tak jak pozytywna jest cała książka.

Przed lekturą wyobrażałem sobie, że Jarek sprzeda w książce jakieś know how wchodzenia w kulturowe getta. Naiwny byłem, przyznaję. Wiedziałem przecież, że 80 języków w 80 dni to nie jest projekt, który pozwalałby wejść w każde kolejne środowisko, wkupić się w łaski, zdobyć zaufanie, zostać dopuszczonym do tajemnic, usłyszeć opowieści zarezerwowane dla bliższych znajomych. W zamian dostajemy know how chodzenia po ambasadach. I z tych historyjek też rysuje się ciekawy obraz, który można podsumować tak: jaki kraj, taka ambasada. Chcesz poczuć klimat kraju, do którego się wybierasz, odwiedź ambasadę i pooddychaj tamtejszym powietrzem, popatrz na ludzi, na pracowników, jacy są, jak się zachowują.

Reszty nie zdradzam. Zachęcam do lektury!

Sępek, Jarek. 2010. W 80 dni dookoła świata nie wyjeżdżając z Londynu, Warszawa: Carta Blanca.

Reklamy

2 myśli na temat “Globalna wioska Londyn

  1. Londyn jawi mi się jako megapolis a także wzorzec przyszłość urządzonej wedle multikulturowego kanonu, i pewnie wedle statystyk, na takie miano w pełni zasłużył. To miasta z rodzaju tych jak Nowy Jork, Szanghaj czy Tokio, które są centrami świata.
    Czułem się w Londynie zawsze niepewnie, przytłoczony jego ogromem.
    Łatwiej odnajdywałem się po Berlinie, do którego jeździłem częściej i który, choć jest bliżej położony, tak masowo Polaków nie przyciągał. Nawet nie wiem, czy został „obrobiony” na literackiej niwie.

    1. Też nie wiem, jak tam literacka obróbka Berlina, ale Londyn ma pod tym względem szczęście, bo patrzy się na niego i pisze z tylu kulturowych perspektyw, że miasto w literaturze ma prawie drugie życie. Fajnie, że my też dopisujemy nasze rozdziały :>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s