Mózg nie służy do czytania!

Od dwóch lat* Nicholas Carr przekonuje, że internet szkodzi naszym mózgom. Nadużywanie sieci powoduje trudności z koncentracją. Wśród tych, którzy kiedykolwiek taką umiejętność posiadali, zauważalny jest również spadek zdolności do przyswajania złożonych tekstów i toków rozumowania. Nie jestem pewien, jakie rozwiązanie problemu proponuje Carr, ale mam wrażenie, że zręby podejścia mogącego służyć nie tyle za receptę, co za sposób produktywnego spożytkowania tej sytuacji zaproponował już dziewięć lat temu Marc Prensky w tekście Digital Natives, Digital Immigrants (2001).

Prensky omawiał problem, przed jakim stoją nauczyciele, gdy przychodzi im uczyć młodych ludzi ukształtowanych przez internet i gry komputerowe. Nauczyciele chcą uczyć w starym stylu: wykładając krok po kroku całą teorię, przechodząc od zagadnienia do zagadnienia w ustalonej kolejności. Trudność polega na tym, że – wynikające z kontaktu z nowymi technologiami – zachowania i nawyki uczniów uniemożliwiają trwanie w archaicznych belferskich przyzwyczajeniach. Uczniowie chcą więcej praktyki i rozwiązywania problemów, więcej możliwości indywidualnego wyboru interesujących ich ścieżek oraz mniej porządku i mniej wykładów z teorii (teoria ma wyniknąć z grania, z prób i błędów, z doświadczenia). Inaczej niewiele z lekcji wynoszą.

Dlatego Prensky proponuje, by wiedzę przekazywać w postaci gier komputerowych. Chcesz uczyć filozofii? Stwórz/zastosuj grę, w której uczniowie obserwują debatę wielkich filozofów i muszą wybierać kwestie, jakie poszczególne postacie mogłyby/powinny wypowiedzieć. Jednym słowem, trzeba urozmaicić treść możliwością dokonywania wyborów i rozwiązywania problemów. Koniecznie musi pojawić się również możliwość odniesienia zwycięstwa lub poniesienia porażki.

System szkolny jest o tyle wadliwy, że wyzwanie jakie stawia i jakie ocenia to przyswojenie treści. Wyzwanie to jest wyjątkowo nieekscytujące i całkowicie nienaturalne. Internet i gry robią coś lepszego: stawiają wyzwanie polegające na dokonywaniu wyborów i rozwiązywaniu problemów, a więc na tym, co stanowi esencję życia. Nic dziwnego, że to drugie wciąga bardziej, wszak właśnie do działania jesteśmy „stworzeni”. Dygresja: Nicholas Carr ubolewa, że nasze mózgi zmieniają się, a one tak naprawdę nie zmieniły się w ogóle. Czas spędzony z książkami, z zawiłymi rozumowaniami nie zmienił ich w większym stopniu, nie spowodował, że przyswajanie treści stało się zadaniem dla mózgu ciekawszym niż dokonywanie wyborów i rozwiązywanie problemów. Jedyne, co internet zmienił to to, że pojawiła się bliższa naturze – alternatywna dla gwałcenia mózgów trudnymi, wielopoziomowymi tekstami – metoda interakcji z rozmaitymi treściami.

Podsumowując, stawiam hipotezę, że internet nie zmienia naszych mózgów. Internet daje mózgom możliwość robienia tego, co robią najlepiej, czyli: dokonywania wyborów i rozwiązywania problemów. Nie chodzi więc o to, że internet odniósł sukces, lecz o to, że książki zawiodły: przez pół tysiąca lat nie zdołały przeformować mózgów w taki sposób, aby czynnością naturalną i najbardziej wciągającą była praca polegająca na zgłębianiu tekstów. Naiwnością jest twierdzić, że tę umiejętność tracimy, bo nigdy – jako gatunek – jej nie posiadaliśmy. To był – i będzie – atrybut jednostek, którym chciało się długo i ciężko pracować.

* – liczę od artykułu Is Google Making Us Stupid w The Atlantic. Temat odżył ze względu na publikację nowej książki Carra: The Shallows: What the Internet is Doing to Our Brains, stanowiącej podsumowanie dwóch lat zajmowania się tym tematem.

Advertisements

8 myśli na temat “Mózg nie służy do czytania!

  1. Twierdzisz, że „internet nie zmienia naszych mózgów”, ponieważ „daje mózgom możliwość robienia tego, co robią najlepiej, czyli: dokonywania wyborów i rozwiązywania problemów.” No i zgadzam się z Tobą, jednak wszystko zależy od tego jak się internetu używa…myślę, że używany w sposób mało ambitny potrafi porządnie zryć mózgownicę:D to jest podobnie jak z telewizją – podobno ogłupia, ale kto zaprzeczy, że dobrze zrobiony, mądry film potrafi pozytywnie stymulować mózg:)ogólniki zazwyczaj bywają krzywdzące..

    1. Zgadzam się, że wszystko zależy od tego, jak się danego narzędzia (sieci/telewizji/cokolwiek) używa, ale Nicholas Carr wychodzi chyba z założenia, że ludzie to są maszyny do czytania tekstów, zgłębiania trudnych rozumowań i dlatego sądzi, że z winy internetu ta umiejętność zanika. A mi się wydaje, że ewolucyjnie czytanie tekstów nigdy nie było ważne. Jeśli ktoś umie to robić, to tylko dlatego, że na jakimś etapie był pod tym względem przez system szkolnictwa gwałcony. I właśnie to gwałcenie jest/było zmienianiem mózgu. Internet przywraca stare dobre naturalne proporcje. Dzięki sieci znowu możemy być małpami! :-)

      A tak na poważnie, wniosek jest taki, że skoro wiadomo, co nasze mózgi lubią, to edukację powinno się robić pod mózgi, a nie wbrew mózgom. Pewnie wpłynęłoby to pozytywnie na ogólny poziom kumacji różnych rzeczy.

  2. Edukacja prowadzona w sposób zbliżony do naturalnych preferencji mózgu to w zasadzie żadna nowość:)długo przed internetem powstały różne systemy nauczania, różne typy szkół, tylko że ze względu na ich specyfikę wybrano te bardziej toporne systemy, które jednak pozwalają wtłaczać wiedzę większej ilości ludzi jednocześnie:) w bardziej cywilizowanych krajach sukcesywnie modyfikuje się te zamierzchłości i tam poziom kumacji wzrasta..w Polsce niestety różnie z tym bywa:)a internet rzeczywiście wydaje się przystępniejszy od wielkich ksiąg:)

    1. Andrzeju, w nowym wpisie dalej bawię się w domorosłego teoretyka pedagogiki, ale w pełni jestem świadom, że wiele różnych pomysłów już było. Póki jednak żadne nie zostały wykorzystane w praktyce, można dodawać do tego zbioru utopii :)

  3. Rzecz w tym, że wg tych badań internet zmienia mózg w magazyn informacji-śmieci. Zniechęca do zgłębiania wiedzy. ZAMYKA na przemyślenia, przysłaniając je niezmierzonym morzem linków. To internet jawi się tu jako najgorszy belfer, upychający informacje w głowie ucznia. Nasze mózgi mają skłonność do chłonięcia wszelkich informacji, bo zaniechanie ujawnionej już wiedzy podświadomie zmniejsza nasze poczucie bezpieczeństwa. Przeczytaj pół jakiegokolwiek zdania. Założę się, że będziesz ciekaw, jak ono się kończy. Nie przeraża nas niewiedza, a wiedza o naszej niewiedzy. Tę ciągle podsuwa swym uczniom internet.

    Na koniec zaproponuję śmieszną tezę:
    Gdyby nasz mózg zawsze wiedział, co dla niego dobre, nie musiałby myśleć ;)

    1. Nie twierdzę, że wpływ internetu jest dla naszych mózgów zbawienny, czy chociażby dobry. Za długo sieci używam, żeby takie tezy stawiać ;-)

      Ale uważam, że gdyby zacząć badać, jak zmienia się mózg dziecka, gdy idzie do szkoły, to dostrzeglibyśmy, że neurony przez szkolny rygor i wymagania inaczej się łączą, że jakieś zdolności się wyostrzają, a inne zanikają, itd.

      Mózg na początku to jakaś zupa + potencjał kształtowania. Szkoła tę zupę w jakiś określony sposób stara się zagęścić i uformować. I tu właśnie mamy gwałt na mózgu. Internet proponuje drogę bez gwałtu, prostą i przyjemną, bo odpowiadającą naturalnym predyspozycjom naszych umysłów.

      Ergo: zgadzam się, że wpływ internetu na ludzi może być negatywny, ale nie traktuję (jak Nicholas Carr) umiejętności myślenia i czytania jako czegoś danego z góry, jako punktu wyjścia. Czytanie i wielopoziomowe, abstrakcyjne myślenie to umiejętności, które zwykliśmy kształcić, czyli umiejętności, które pociągały za sobą zmiany w naszych mózgach. Teraz po prostu przestajemy umiejętności te formować, czyli – tworzymy społeczeństwo ludzi o umysłach niemowlaków.

      Szkoła zmienia mózg i zmienia go – załóżmy – w sposób pozytywny. Internet mózgu nie zmienia, internet powoduje, że potencjał mózgu w szkolnym znaczeniu nie jest rozwijany.

      Co do Twojej tezy: bardzo to celne tak naprawdę, bo w kilku krokach można z tego dojść do doboru naturalnego, a tutaj już zastanawiamy się, kto będzie miał większą szansę na reprodukcję i przekazywanie swoich genów: czy net-niemowlaki, czy osoby, które czas zainwestowały w myślenie. Zakładam, że mimo wszystko ci drudzy, więc być może nie jesteśmy jeszcze zgubieni (przynajmniej na tym froncie).

  4. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bliżej jestem wniosku, że dyskusja nad pożądanym stanem naszych mózgów przypomina barwną postać malarza, która nie jest do końca pewna, czy jest sobą, czy swoim autoportretem. Bo jeżeli jest tym drugim, to powinna spełniać warunek nie odbiegania wyglądem od narzuconego z zewnątrz wzorca, a jeśli tym pierwszym – to ona narzuca formę portretowi. Co to właściwie znaczy, że internet nie zmienia naszego mózgu? Czy życie, ciągły heraklitejski ruch, może obyć się bez zmiany, czy może zastygnąć w bezruchu? Czy może pożądaną od zawsze niezmienną jest podleganie określonym zmianom w ciągu życiowego rozwoju? A więc brak tych zmian byłby w szerszej perspektywie bardzo drastyczną zmianą. Ruch i bezruch są jak istnienie i nieistnienie – kwestią naszej oceny, zależnej od tego, któremu z przeciwieństw nadamy symbol dodatni, a któremu ujemny. Antymateria byłaby materią, gdyby wygrała starcie sprzed 13 mialiardów lat. To, co dla mnie się liczy, to prawda definiowana jako rzecz praktyczna z punktu widzenia życia, którego jesteśmy nosicielami, i które sprawia, że dysponujemy czymś więcej, poza absolutnym relatywizmem.

    A prawda praktyczna jest taka: wzorzec prawidłowej umysłowości istnieje tylko w naszych mózgach. Ewolucja nie trzyma się na siłę żadnych wzorów, a dostosowuje do rzeczywistości. Jeśli w jakiś sposób tę rzeczywistość modeluje, to właśnie za sprawą naszych mózgów, które podpowiadają nam od czasu do czasu, że coś im szkodzi. Ergo: jeśli dysponujemy pojęciem prawidłowego rozwoju umysłowego, jakiegoś wzorca, to znaczy, że ewolucja wytworzyła w nas potrzebę stania na straży jej dzieła, nad którym spędziła tysiące lat. Ewolucja „nie chce”, abyśmy ten wzorzec lekkomyślnie przekształcili. I, o ile szkoła, książki – to twory cywilizacji stojącej na znacznie niższym stopniu rozwoju, o tyle XX-wieczny internet jest już narzędziem tak złożonym, tak monstrualnym, że zwyczajnie wydaje mi się bardziej niebezpieczny. Wzniecamy coraz większy płomień, igramy z coraz większą energią, tworzymy coraz bardziej złożone alternatywne wobec naturalnego środowisko dla naszych mózgów, a przez to coraz bardziej ryzykujemy, że ewolucja nie zdąży przystosować się do zmienionych warunków, testując dostępne modele zachowania.

    O ile więc nie jestem w stanie potwierdzić słuszności racji Carra, o tyle składam hołd jego zapobiegliwości.

    Przepraszam, ta dyskusja wymyka mi się spod kontroli, zmusza do ucieknięcia się do podstaw mojego rozumienia świata. Ale i Ty już przywołałeś dobór naturalny, błyskwicznie zresztą wyczuwając moje intencje. Pozdrawiam.

    1. Co do złożoności i monstrualności internetu, powoli musimy się godzić z tym, że internet wychodzi spod strzech, a więc – rośnie jeszcze bardziej. Jeśli wychodzę z domu i komórka podpowiada mi gdzie mam iść, jakie sklepy i miejsca mijam po drodze, gdzie mogę wypłacić pieniądze, itd. to moje postrzeganie ulic, miasta, rzeczywistości i otaczających mnie ludzi zmienia się. W ogóle nie muszę się niczemu przyglądać. Wystarczy, że spojrzę w ekranik telefonu lub posłucham wskazówek płynących z głośnika. Pewnie za kilka lat hitem będzie oprogramowanie wskazujące bezkolizyjną (z ludźmi, rowerami, samochodami, budynkami) ścieżkę. Będę mógł gdzieś iść, a moje oczy będą w tym czasie oglądały lolcaty. (Pod warunkiem, że będzie potrzeba, żeby gdziekolwiek wychodzić)

      W kwestii ewolucji: sprawa jest złożona. To, że nasze mózgi zmieniają się teraz, to jeszcze nie znaczy, że ewolucja – przy pomocy doboru naturalnego – będzie te zmienione mózgi reprodukcyjnie promować. Być może pod tym względem zmartwienia są niepotrzebne (o czym niżej przy mówieniu o pornografii)

      Psychologowie ewolucyjni twierdzą, że ewolucyjnie wciąż nie jesteśmy przystosowani do życia w miastach i w cywilizacji przemysłowej. W mózgi wbity mamy strach przed pająkami, wężami i innymi stworzeniami, które zagrażały nam na sawannie, a my tymczasem powinniśmy raczej bać się samochodów, bo to one stanowią dla nas większe zagrożenie. To znak, że głębokie struktury w mózgu nie zmieniają się ot tak. Setki lat to za mało.

      W ten sam sposób mężczyźni nie są przystosowani do odbioru pornografii. Mózg nie dostrzega różnicy między kobietą rzeczywistą, a wirtualną. Reakcje fizjologiczne są te same. Młodzi mężczyźni socjalizowani do życia seksualnego przez pornografię nie potrafią odnaleźć się później w rzeczywistych związkach. Nagle okazuje się, że kobieta ma potrzeby, że związek nie trwa piętnaście minut o dowolnie wybranej porze, że kobieta pachnie, mówi i chce słuchać, że związek to skomplikowany rachunek zysków i strat. Kończy się męskim uzależnieniem od pornografii (same zyski, zero strat) i zastępami samotnych kobiet.

      W krótkiej perspektywie to może być ogromny problem społeczny, ale w perspektywie ewolucji dobór naturalny – teoretycznie – wypromuje u mężczyzn umiejętność odróżniania kobiety wirtualnej od rzeczywistej. Być może jest to jakiś sposób korygowania tych trajektorii, którymi internet potrafi zachwiać.

      Dziękuję za świetne komentarze, pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s