Praga, Budapeszt

Na gorąco, póki jeszcze Praga i Budapeszt w nogach.

Stolica Czech zlewa się w urokliwy labirynt ulic, uliczek i traktów. Pojedynczo każdy z elementów – budynek, kamienica, most, knajpa – ma swój charakter, lecz dopiero zebrane tworzą kompletny obraz. I tak Pragę (a dokładnie: Stare i Nowe Miasto oraz Małą Stronę) zapamiętuję: jako całość. Pojawiają się tam oczywiście anomalie, takie jak komunistyczne barbarzyństwo w postaci starych, szarych, okropnych ni to bloków ni to gmachów. Ale to detal. Bo Praga to skumulowana toruńska Starówka, Starówka do potęgi, z liczniejszymi i szerszymi ulicami Szerokimi, z ciaśniejszymi i bardziej krętymi uliczkami Ciasnymi; to piękno nałożone na siebie warstwami, tak, że przez lata można chodzić i wyławiać szczegóły; co więcej – to całe osiedla Bydgoskie zachowane tak, jak na to zasługują; to rozmnożone osiedla Bydgoskie z wyższymi kamienicami, większą liczbą wykuszy, z bogactwem detali.

(Siedząc na piwie w knajpie mającej w szyldzie gębę Szwejka, położonej niedaleko Muzeum Franza Kafki, spotkaliśmy ludzi z Torunia, którzy podobnie jak my – na tle Pragi – ubolewali nad stanem Bydgoskiego.)

Budapeszt jest inny. Bardziej rozrzucony i wymieszany: nowe przeplata się ze starym, szare i brudne z oszklonym, brzydkie z przepięknym, przeludnione z opuszczonym. Praga była równa; trudno powiedzieć, która z wielu uliczek była najładniejsza, która z setek kamienic przyćmiewała inne. W Budapeszcie łatwiej zapamiętuje się pojedyncze miejsca, bo ich tło, ich otoczenie powoduje, że – na zasadzie kontrastu – zapadają w pamięć.

Weźmy Kąpielisko Széchenyiego. Powstały pod koniec XIX wieku kompleks basenów i term to fantastyczne miejsce. Wieczorna gra w szachy w basenie z wodą termalną to dla mnie kultura przez wielkie „K”. Ale niedaleko, tuż za ścianami zbudowanego z przepychem gmachu, na ławkach mieszkają („mieszkają” całkiem dosłownie) bezdomni. To samo zobaczymy w centrum: w parku przy stacji metra Deák Ferenc, czy na niektórych placach rozciągających się przy brzegu Dunaju.

Dalej: z jednej strony można napić się kawy w kawiarni, w której nic nie zmieniło się od lat 70. (tylko warstw kurzu przybywało), a z drugiej, można znaleźć się w Centrál Kávéház – kultowej kawiarni powstałej w 1887 roku. Komuniści zamknęli oczywiście to gniazdo arystokratycznej zarazy, ale specjalny pierwiastek wyższości udało się chyba odzyskać. W przeszłości spotykali się tu pisarze, architekci, muzycy, dziennikarze, tutaj założono periodyk Nyugat, tutaj gazety czytał Sándor Márai. Dziś trudno znaleźć stolik, na którym nie stoi laptop. Nic w tym dziwnego. Grana na żywo (gitara+skrzypce) muzyka, podwójne espresso, widok na ulicę, nastrój spokoju i skupienia sprzyja klepaniu w klawisze.

Pasaż Paryski. Według przewodnika mieści się tutaj siedziba biura turystycznego, sklepy galanteryjne i konfekcyjne, księgarnia i kawiarnia. My widzimy miejsce opustoszałe i mroczne, zamknięte biura i ciemne wnętrza (rzeczywiście, sądząc po fotkach z Flickra, jeszcze rok temu coś się tu działo). Ale jest tu pięknie. Arkady zbudowane na początku XX wieku biją pod każdym względem pobliską ulicę Váci – zatłoczoną, pełną restauracji i sklepów z pamiątkami. Powinno się tu roić od kawiarenek. W niejednym mieście byłoby to miejsce spotkań i schadzek. A tymczasem nie ma tu nikogo. Ale ponownie: ważny jest kontrast – piękno i pustka. Kto wie, czy dostrzeglibyśmy w pełni urok tego miejsca, gdybyśmy przepłynęli przez nie w strumieniu turystów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s