Afrykańskie oblężenie – afrykańska odyseja

Klaus Brinkbäumer pisząc swoją Afrykańską odyseję obrał za mentora Ryszarda Kapuścińskiego. Reporter Der Spiegla okazał się uczniem dobrym, choć nie wybitnym. Popełnił kilka błędów Mistrza, kilka innych powielił, ale też udało mu się tu i ówdzie dotknąć sedna. Wśród popełnionych błędów wymieńmy upór w pisaniu o „Afryce”. Afrykanie wytykają książkom Europejczyków, że piszą o Afryce, jakby Afryka była jednym krajem, jednolitym kulturowo kontynentem. A tak przecież nie jest. Wszyscy Europejczycy są tacy sami i popełniają ten sam błąd. Wśród błędów powielonych wymienić można chociażby wziętą od Kapuścińskiego informację o tym, że Hajle Sellasje nie umiał czytać (por. Brinkbäumer 2009: 125), czy że Afryka to kontynent tradycji ustnej, na którym pismo nie ma znaczenia (por. 143). Ale zostawmy uszczypliwości i przejdźmy do konkretów.

O czym jest książka? Książka opowiada o marzeniu – marzeniu wyrwana się z nędzy i beznadziei. O marzeniu dostatniego życia w Europie. Znamy tę opowieść z europejskiego punktu widzenia. Południe, miękkie podbrzusze Europy, jest w stanie oblężenia. Każdego dnia i każdej nocy do wybrzeży podpływają statki, łódki, tratwy i pontony pełne niepotrzebnych – stwarzających obciążenie dla systemu i zagrożenie dla prawowitych obywateli – afrykańskich imigrantów. Unia Europejska w bohaterskim boju wspiera setkami milionów euro kraje najbardziej cierpiące z powodu najazdu. Ze środków tych budujemy coraz wyższe i grubsze mury, rozstawiamy coraz gęściej druty kolczaste, kopiemy głębsze wilcze doły, zwiększamy liczbę strażników, instalujemy coraz wymyślniejsze detektory ruchu, ciepła i życia oraz wyposażamy obrońców granic w skuteczniejsze narzędzia konwersji życia w nieżycie, ruchu w bezruch i ciepła w chłód (tj. w karabiny). Szczególne zabiegi trwają na terenie hiszpańskich  przyczółków w Maroku.

Wielkie zadanie ochrony obywateli Unia Europejska spełnia z podziwu godną nadgorliwością, czasem wręcz – z makabryczną finezją. …wkrótce pojawi się nowinka techniczna: „sirga tridimensional”, rodzaj labiryntu z porozciąganych w różnych kierunkach stalowych linek […]. Stalowe linki mają być kolorowe (ibid.: 244). Poszczególne państwa wykazują się także ambitnymi zmianami w prawie: kastrowane jest prawo do azylu, zamykane są wszelkie możliwe opcje tymczasowego pobytu, upraszczane są procedury wydalania niechcianych przybyszów. Europa podejmuje również pionierskie wysiłki na arenie międzynarodowej. Współpracuje z władzami Tunezji, Algierii i Maroka, uzbraja tamtejszych żołnierzy, daje ciężarówki pozwalające podróżnych z południa Afryki wywozić na środek Sahary.

Znamy to wszystko z naszych mediów. Brinkbäumer patrzy z drugiej strony – z perspektywy ludzi, którzy ten tor przeszkód muszą pokonać, ludzi, którzy przed okiem strażnika, kontrolera, czy urzędnika muszą umknąć; z perspektywy tych, którzy giną na Saharze, topią się w Morzu Śródziemnym, dostają kulę po którejkolwiek ze stron lub zostają cofnięci na granicy, kiedy strażnik wykrywa podrobiony paszport (jeden z głównych bohaterów książki, John Ampan, podróżował z paszportem na nazwisko „Sandra Morris”). Unia Europejska w swoich wysiłkach nie zamierza spasować. Afrykanie też nie. Kto ma dwadzieścia parę lat i wie, że przeciętnie w jego kraju żyje się niewiele ponad czterdzieści lat, wie też, że nie zostało mu zbyt wiele czasu… (ibid.: 155-156). Dlatego wierzą w swoje szanse: Jesteśmy mądrymi chłopakami, wiemy, że walczymy przeciwko wojsku, ale jesteśmy sprytni i wszechstronni. Są wśród nas inżynierowie, elektrotechnicy, fizycy. Będziemy obserwować patrole i znajdziemy luki. Niech postawią tam miliony kamer, zbudują mury sięgające do nieba, niech tam będzie dziesięć milionów żołnierzy – dotrzemy do Ceuty, przyjacielu, na pewno (ibid.: 224). Tam, w tym miejscu, między nimi a nami, rozciąga się nić względnej zgody co do istniejącej sytuacji. Co się stanie, gdy nić pęknie? Imigranci przeczekujący gdzieś w Afryce na swoją szansę wierzą, że trzecia wojna światowa rozpęta się między biednymi i bogatymi, czarnymi i białymi; wywołają ją migracja i polityka azylowa (ibid.: 159).

Afrykańska odyseja nie została jednak napisana po to, by Europejczycy mieli się czym samobiczować. Jasne, że jesteśmy hegemonem, jasne, że od dekad trzymamy przedsiębiorczość Afrykanów pod butem dzięki np. subwencjom dla rolnictwa (W Europie krowy dostają więcej pieniędzy niż ludzie w Afryce; ibid.: 109; patrz także fragment o Burkina Faso, bawełnie i subwencjach dla rolników w USA: s. 193). Jasne, że nasza „pomoc” to ułamek tego, co Afryka traci z potencjalnego eksportu (por. ibid.: 109). Jasne, że wydajemy setki milionów euro na zabijanie ludzi. Ale jest też druga strona. Mówi John Ampan: Afrykanie pragną mieć wszystko naraz. Czy Europejczyk, któremu się jako tako powiodło, zatrudnia od razu odźwiernego? Czy ma szofera, bo prowadzenie samochodu byłoby poniżej jego godności? (ibid.: 102). Bob Izoua, biznesmen z Beninu, ma pewnie niejednego odźwiernego:

Dzisiaj posiada trzysta autobusów, dwieście pięćdziesiąt domów, osiem wyglądających identycznie żon i osiemdziesiąt samochodów […]. Gdy Bob Izoua wygląda przez okno, widzi ulice, po których swoimi samochodami nie może jeździć, bo są tu same wyboje i piasek. Widzi rodziny, które zebrały się wokół ogniska i grillują szczury. Jeżeliby sprzedał choć jeden samochód, mógłby wybudować szkoły, naprawić ulice. Sam jeden mógłby uratować całe miasto, ale wtedy miałby o jeden samochód mniej, a to oczywiście nie wchodzi w grę (ibid.: 125).

Brinkbäumer, bezpiecznie, opowiada o Afrykanach ustami Afrykanina – Johna Ampana. A ten dokonuje bardzo krytycznej analizy: Jest taka umiejętność, którą wy Europejczycy posiadacie, a której nam Afrykanom brakuje. To umiejętność samokrytyki. Wy analizujecie błędy, wyszukujecie słabości, korygujecie swoje zachowanie […]. My uznajemy, że to inni ponoszą odpowiedzialność za to, co się dzieje: obcy, bogowie, przodkowie, wrogowie. No i oczywiście wy Europejczycy. Opowiada też Autor o tym, jak się robi politykę (w tym przypadku – w Nigerii):

Kaduna Polo Club jest raczej mało spektakularny: kawał ziemi, pole do gry, trybuna, a na skraju konie skubią trawę. Kaduna Polo Club jest godny uwagi z tego powodu, że John i nasz kierowca, Emanuel, wzbraniają się choćby wymówić jego nazwę.
Bo tutaj zbiera się elita, która kontroluje złoża ropy. To tutaj zapadają decyzje o tym, kto będzie następnym prezydentem, a kto gubernatorem. To tutaj dokonuje się wewnętrzny podział Nigerii. Kaduna Polo Club gromadzi mafię tego zacnego kraju (ibid.: 133).

To nie są warunki, w jakich można się podźwignąć, powalczyć, spróbować przedefiniować siebie, swoje plemię, sytuację. Niestety, pragnienia i marzenia ułatwiają życie przestępcom (ibid.: 112-113).

Jeden z najlepszych fragmentów opowiada o naturze bycia emigrantem. Aby stać się emigrantem – najpierw trzeba przestać być sobą. By ułatwić sobie podróż, by przemknąć niezauważonym, by nie zostawić śladów, należy stać się nikim: emigranci podróżują bez rzeczy, które definiują współczesnego człowieka: bez pęku kluczy, dokumentów, pieniędzy. Emigranci porzucają często nawet swoje nazwiska. Zdjęcia i numery telefonów naturalnie też, wszystko (ibid.: 194). Jednak na końcu podróży, kiedy już dotrze się do celu, trzeba znaleźć sposób, by znowu stać się zauważalnym, trzeba na powrót zacząć istnieć: móc znów powiedzieć, dokąd się jedzie, skąd przychodzi, jakie ma się nazwisko (ibid.).

Brinkbäumer, Klaus. 2010. Afrykańska odyseja, Wołowiec: Czarne.

7 thoughts on “Afrykańskie oblężenie – afrykańska odyseja

  1. Między bogiem a prawdą, Europa wolałaby mieć Afrykę z głowy. Zresztą Europa woli o tym, co z Afrykę wyczyniała przez ostatnie kilka wieków, zapomnieć. Woli to ignorować. To taki neurotyczny związek. Afrykę zmieniają więc Chiny: robiąc interesy z lokalnymi elitami. Te relacje nie są już tak obciążone historią.

    1. Ano nie są, choć i w relacjach z Chinami Afryka pozostaje w najlepszym wypadku partnerem w wymianie handlowej, ewentualnie rynkiem zbytu, a w najgorszym wypadku (i chyba najbliższym prawdzie) – tanim, podręcznym magazynem surowców. Ciekawy jaki mają potencjał słodkiej wody. Jeśli duży, to im nie zazdroszczę :>

    1. Świetne, dzięki. To pokazuje, że zmiana partnera z Europy na Chiny to nie zmiana z crime-story na love-story.

      Co ciekawe, Senegalczyków pewnie dosyć dobrze rozumieją Amerykanie (i reszta świata pewnie też). Oto jedna z inicjatyw w USA: http://jobsback.com/
      Plan jest „prosty”:
      To save our economy, our plan will:
      Bring Our Jobs Back from China
      Stop Outsourcing Our Jobs
      Stop Illegal Immigrants from Taking Our Jobs
      Stop H-1B and All Work Visas

      Wniosek z tego taki, że globalizacja robi się passe.

      Jeszcze co do filmu – niesamowita jest zdolność Chińczyków do wypełniania nawet najmizerniejszych nisz, do utrzymywania się nawet, gdy warunki nie sprzyjają, do wygryzania lokalnych przedsiębiorców i kultywowania własnych obyczajów we własnym gronie. Żydzi XXI wieku jak się patrzy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s