Literatura porusza. I rozjusza

Kilka miesięcy temu na Feminotece pojawiły się fragmenty książki Marcina Kydryńskiego podsumowującej jego podróż do Afryki (dla mnie ten gość to anonim, jego książki nie czytałem i nigdy wcześniej o niej nie słyszałem). Oto fragmenty komentarzy zamieszczonych pod postem: „dzięki za ostrzeżenie. Rzeczywiście cytaty wystarczą za recenzję. Idę rzygać”, „obrzydlistwo,seksizm, rasizm, postkolonializm w czystej postaci!”, „Wypociny Kydryńskiego ociekają pedofilią, mizoginią i rasizmem. Czytając te brednie zbierało się mi na wymioty” (źródło: Feminoteka).

Fragmenty przywołane we wpisie  nie są szczególnie smaczne (czytaj: są niesmaczne). Ale daleki jestem od krytykowania Autora. Literatura jest po to, żeby kopać w dupę, a nie głaskać po głowie. Kydryński pisząc to, co napisał, rozdał kilka wybudzających z letargu kopniaków. W kilku akapitach zdradził więcej o tym, jak – zapewne dosyć często – wyglądają realne stosunki (nie tylko płciowe) między afrykańskimi autochtonami, a przybyszami z Zachodu, niż bym się dowiedział z lektury dziesięciu innych książek napisanych przez „przyzwoitych” autorów.

Mieszają się tu dwie funkcje literatury: komentujący są najwyraźniej zwolennikami funkcji, którą można by określić mianem „performatywnej”, to znaczy: jeśli będziemy ładnie o Afryce i Afrykanach pisać, to na pewno rzeczywistość dostosuje się do literatury i będzie ładniejsza i poprawniejsza niż faktycznie jest. Ja wolę mimo wszystko funkcję – powiedzmy – „opisową”: jeśli będąc w Afryce czuję, że – chcę tego, czy nie – patrzę na autochtonów z góry, traktuję ich jak zwierzęta i wykorzystuję tak, jak wykorzystuje się przedmioty, to wolę ten realny – i przykry – świat opisać, niż stwarzać świat inny, taki, jakim chciałbym go widzieć.

Wybacz, Emmanuelu Levinasie.

Advertisements

7 myśli na temat “Literatura porusza. I rozjusza

    1. Racja. Dlatego to było dla mnie niesmaczne. Ale wartościowe o tyle, że przed lekturą tych fragmentów nie wiedziałem, że tak się myśli, że tak myśleć można, a podejrzewam, że Kydryński nie jest jedyny, że jest reprezentantem sporej grupy osób, które z taką postawą odwiedzają Afrykę.

      I tutaj jest wartość dodana – Kydryński uświadomił mi coś czego wcześniej wie wiedziałem. Czytałem o Afryce sporo książek, ale taka perspektywa w literaturze nie jest powszechna. Pytanie czy jej nie ma, czy tylko jest ukrywana. Podejrzewam, że raczej to drugie. Dlatego wolę hardkor Kydryńskiego, niż kolejny lajt, który nie pokaże mi nowych perspektyw.

      Inna sprawa to powody, dla których Kydryński napisał to, co napisał. Ja bym chciał, żeby on te fragmenty napisał z odwagi, ale podejrzewam, że faktycznie pojawiły się one w książce z przerośniętego ego, z oglądania świata z perspektywy osoby lepszej, wyższej, bardziej wartościowej. Ale to jest dla mnie mniej istotne, bo fanem Marcina Kydryńskiego być nie zamierzam :)

  1. autorze notki poczytaj sobie dyskusje pod wpisami, (nie chce mi się powtarzać)
    tu:http://sporothrix.wordpress.com/2010/11/09/ohyda/
    oraz tu:
    http://wdobrymtonie.wordpress.com/2010/03/04/raj-u-progu-apokalipsy/
    Kydryński jest po prostu zadufanym rasistowskim i seksistowskim bucem, to nie żaden „hardkor”, proszę nie mylić ignorancji na jakiś temat z poglądami na tenże temat, jeżeli dla kogoś Kydryński stanowi przewodnik po Afryce to już samo w sobie wystarcza. Ja wiedzę o świecie opieram na większej ilości źródeł niż pisanina jakiegoś dziennikarza muzycznego o tematach o których nie ma pojęcia. A przy okazji warto czytac w większej ilości języków niż polski, szczególnie o czymś poza Polską.

    1. Problem polega na tym, że Kydryński pisze o czymś, na czym dobrze się zna, to jest: pisze o *swoim własnym* stosunku do afrykańskich kobiet i dzieci płci żeńskiej. W tym tekście jego samego jest tyle, że nie ma wątpliwości, że on roztacza tam swoją wizję postrzegania Afryki. Mi ta wizja jest obca, ale jeśli ta wizja jest powszechniejsza (a ja zakładam, że jest), to ja się cieszę, że Kydryński ją opisał, bo dzięki temu wiem, że istnieje i że nie każdy patrzy na Afrykę tak jak ja – człowiek wychowany na Kapuścińskim i na krytyce antropologii społecznej.

      Ignorancja nie jest dla mnie trafnym zarzutem w tym przypadku. Kydryński nie ma czego ignorować. Pisze po prostu o tym, jak widzi i jak postrzega. Zarzutem trafnym może być zadufanie, europocentryzm, nadmierne poczucie własnej wartości, ale ignorancja? Moim zdaniem nie.

      Ja też opieram wiedzę na większej liczbie źródeł. Tylko co wtedy, jeśli wszyscy autorzy, których czytam boją się / wstydzą się / nie potrafią pisać o tym, co nimi targało w środku, co myśleli pod nakładką poprawności i ułożenia, co przyciągnęło ich oko, a w książce nie znalazło odzwierciedlenia, albo nawet – co w Afryce robili poza tym, co opisali.

      Kydryński dodaje do mojej wiedzy płaszczyznę ohydną, ale wydaje mi się, że prawdziwą. Wiedząc to, co wiem teraz, stosunki między białymi a autochtonami pojmuję raczej lepiej niż gorzej. Nawet jeśli to mi się nie podoba. Ale jak już napisałem – uważam, że literatura powinna kopać w dupę.

      1. Zastanawiałem się jeszcze nad zarzutem ignorancji. Początkowo zakładałem, że to zarzut nietrafny, bo Kydryński nie stylizuje się – opierając się na trzech fragmentach z Feminoteki – na znawcę, który opowiada jak jest. On opowiada tylko, jak widzi. Z drugiej strony jednak – ja bym na te marokańskie dziewczynki patrzył (mam nadzieję) przede wszystkim z punktu widzenia sytuacji przemagającej, w jakiej się znalazły. Strategia seksualna okazuje się skuteczniejsza niż inne przy zdobywaniu rozmaitych dóbr więc ją stosują. Ja się nie godzę na wykorzystywanie człowieka postawionego w takiej sytuacji, więc nie myślałbym jak Kydryński (mam nadzieję). I tu jest jego ignorancja: bo widzi siebie i tylko siebie, a nie dostrzega sytuacji innych.

        (ten wątek też można ciągnąć, bo wszyscy na rozmaitych płaszczyznach jesteśmy stawiani w różnych sytuacjach przemagających, wszyscy jesteśmy zmuszeni stosować strategie, które być może nam uwłaczają, ale są niezbędne, jeśli chcemy przeżyć; i tu pojawia się problem: wszyscy jesteśmy ignorantami, bo wykorzystujemy – choćby pośrednio – ludzi znajdujących się w takich sytuacjach dla naszych własnych korzyści; te sytuacje dzieją się bezpośrednio za oknem, a my – zamiast patrzeć na własne podwórko – staramy się marokańskim dzieciom zastąpić rodziców i wpychać nos w nie swoje sprawy i nie nasze zasady, co też jest rodzajem ignorancji itd. itp.)

        Nie zmienia to jednak faktu, że uświadomienie sobie perspektywy innej niż moja własna uważam za moją korzyść i moje wzbogacenie się.

        PS. Dzięki za linki!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s