Zimna wojna 2.0?

15 lutego Hillary Clinton wygłosiła w kampusie George Washington University przemówienie zatytułowane Internet Rights and Wrongs: Choices & Challenges in a Networked World. Wyartykułowała w nim doktrynę, wedle której otwartość, bezpieczeństwo i niezawodność Internetu to jeden z priorytetów polityki zagranicznej USA. Śpię spokojniej, od kiedy wiem, że USA czuwają nad moim dostępem do Sieci. Wielu rozsianym po świecie aktywistom Hillary Clinton spędziła jednak sen z powiek. Deklarowana przez nią „wolność Internetu” została odczytana jako deklaracja Zimnej Wojny 2.0: USA dają sobie prawo interwencji wszędzie tam, gdzie złe rządy ograniczają lub cenzurują Sieć. Clinton powiedziała między innymi, że:

  • Internet stał się przestrzenią publiczną 21-ego wieku: miejskim rynkiem, szkolną klasą, placem handlowym, kawiarnią i klubem nocnym. W przestrzeni tej spotykają się dwa miliardy ludzi.
  • Każdy człowiek ma prawo dostępu do Internetu i ma prawo używać go tak, jak chce. Internet nie służy jednej określonej wizji świata. Jeśli jednak ludzie mają mieć możliwość spotykania się w Internecie – potrzebna jest jedna, wspólna wizja konstrukcji tej przestrzeni.
  • Powinniśmy móc tak samo bronić praw człowieka w Internecie, jak możemy robić to w realu.
  • Wolność zgromadzeń i zrzeszania się obowiązuje również w Internecie i jest to wartość uniwersalna. Rząd Stanów Zjednoczonych wspiera tę wartość wszędzie i zachęca inne rządy, by robiły to samo, ponieważ chcemy, aby ludzie na całym świecie mieli możliwość korzystania z tych wolności.
  • Rząd Stanów Zjednoczonych wspiera również obecny model, w którym Internetem zarządza szeroka rzesza instytucji i organizacji, bo to pozwala szybko eliminować przerwy, usterki i problemy.
  • W wielu miejscach na świecie obserwujemy próby ograniczania dostępu do Sieci: w Chinach, Birmie, na Kubie, w Wietnamie, Iranie.
  • Dzisiejsze decyzje wpłyną na to, jaki kształt Internet przybierze w przyszłości. Dotyczy to również biznesu i tego, jak firmy będą współpracować z państwami ograniczającymi wolność dostępu do Sieci.
  • Wolność dostępu do Sieci oznacza jednak kilka wyzwań. Pierwszym jest problem osiągnięcia jednocześnie wolności i bezpieczeństwa. Drugim – zapewnieniem jednocześnie transparentności i poufności. Trzecim – promocja wolności ekspresji a jednocześnie tolerancji i wzajemnego poszanowania.
  • Departament Stanu, w celu szerzenia swojej wizji wolności dostępu do Internetu, uruchomił lub uruchamia konta Twitterowe po arabsku, w farsi, po francusku, chińsku, rosyjsku i hiszpańsku. Rząd Stanów Zjednoczonych pomaga ludziom wszędzie tam, gdzie zmuszeni są oni działać w opresywnym środowisku, pomaga oszukiwać cenzorów, bronić się przed hakerami i służbami wsadzającymi ludzi do więzienia za to, co mówią i robią online.
  • W ciągu ostatnich trzech lat rząd USA przekazał aktywistom walczącym przeciw internetowej represji ponad 20 milionów dolarów. W tym roku przekażemy ponad 25 milionów dolarów na ten cel.
  • Otwarty, bezpieczny i niezawodny Internet to jeden z priorytetów polityki zagranicznej USA. Jego znaczenie w najbliższych latach będzie rosło.

Hillary Clinton wyraziła więc stanowisko rządu USA w sprawie dostępu do Internetu w innych krajach, które można określić tak: każdy człowiek ma prawo dostępu do Internetu, żaden rząd nie ma prawa go ograniczać, a USA będą promowały wolny, bezpieczny i niezawodny dostęp do Internetu na całym świecie między innymi poprzez finansowe wsparcie dla aktywistów. Poza wsparciem – choć Hillary Clinton o tym nie wspomniała – Amerykanie rozwijają technologie pozwalające im „narzucić” dostęp do Internetu na dowolnym obszarze (źródło: Wired.com).

Transkrypcja wystąpienia Clinton kończy się w ten sposób: Thank you all very much. (Applause.). Ale z tym aplauzem nie tak szybko. Już w mojej notatce można dostrzec szaloną krótkowzroczność tego podejścia. O ile aktywiści na całym świecie z pewnością nie pogardziliby grubym zwitkiem dolarów, o tyle powszechna świadomość, że biorą pieniądze od rządu USA, by móc przeciwdziałać ich własnym rządom, może im tylko zaszkodzić. I to całkiem poważnie, bowiem stąd już tylko krok do oskarżeń o zdradę czy terroryzm. Podobnie z „narzucaniem” Internetu. Kraj, który padnie ofiarą tego typu interwencji może śmiało uznać, że to akt wypowiedzenia wojny.

Wbrew temu, co mówi Hillary Clinton, Internet służy jednej określonej wizji świata – świata spotkań i nieograniczonej komunikacji. Wizję tę propaguje się przeciw innej wizji, chociażby chińskiej. Mamy tu oczywisty konflikt. Dostrzegli to rosyjscy blogerzy (i północnoafrykańsko-bliskowchodni też), prawdopodobni beneficjenci 25-milionowego wsparcia, o którym w swoim wystąpieniu wspomniała Hillary Clinton. Omówiona wyżej doktryna to, według nich, zapowiedź Zimnej Wojny 2.0. Amerykanie rozumujący prostymi dualnościami (my – oni, dobro – zło), zdają się nie dostrzegać, że możliwości są trzy: (1) ucisk lokalnej dyktatury, (2) „wolność” made in USA (z pieniędzmi od Amerykanów, z narzędziami od Amerykanów, z kolonizacją przez Amerykanów, z amerykańskimi korporacjami i bazami militarnymi) i – trzecia opcja, która dla USA jest nie do przyjęcia, a dla współczesnych rewolucjonistów oczywista – (3) wolność nie polegająca na zamianie jarzma, wywalczona z potrzeby suwerenności i z poczucia własnej godności. Dobrze wyraził to pewien egipski taksówkarz.

Analogia do zimnej wojny postulowana przez blogerów jest trafiona ponieważ mamy (1) stary konflikt między siłami wolności i zniewolenia, (2) starą doktrynę interwencji globalnego policjanta, a także (3) starą walkę, w której zniszczeniu ulec może (tym razem cyfrowy) świat, jaki znamy. Ale nie jest to analogia dokładna. Różnica polega właśnie na powszechniejszym dostrzeżeniu trzeciego rozwiązania. Ameryka nie jest w tej grze pozytywną alternatywą. Amerykanie zdają się jeszcze nie dostrzegać, że ich oferta wolności rozumianej jako żarcie w McDonaldsie i granie w gry na PlayStation jest postrzegana jako równie opresywna – równie uderzająca w suwerenność i godność jednostki – jak ograniczenia narzucane przez stary reżim.

Nam trudno to zrozumieć. Dla Polaków, jak i dla całej braci z byłych demoludów, szczytem cywilizacji jest bigmaczek w zestawie z dużą kolą i frytkami, a himalajami prestiżu – atrapy amerykańskich rakiet ulokowane gdzieś na naszym terytorium. Amerykanie nigdy nie utrzymywali u nas krwawych dyktatorów, nigdy nie mieli militarnych baz wypadowych, nigdy nie doili naszych surowców bardziej niż czynili to wielce szanowni sąsiedzi z Rosjanami na czele. Zimna wojna 2.0 dotyczy krajów, które takiej historii relacji z USA nie mają. Stąd różnica.

Stany mogą zrobić dużo, aby przysłużyć się wolności (w) Sieci. Trzymam kciuki w nadziei, że w końcu coś zrobią dobrze. Jednak patrząc na to, jak się do sprawy zabierają, należy się obawiać, że bój o Internet zasili niebawem długą listę amerykańskich klęsk. Internetowi życzę jak najlepiej, ale Amerykanie niestety też.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s