Wprowadzenie do elitarności. Kurs 30h w semestrze letnim ;-)

Czytam w necie o książce Shamusa Rahmana Khana Privilege: The Making of an Adolescent Elite at St. Paul’s School (2011). W dużym skrócie: Khan pozwala zajrzeć tam, gdzie plebejskie oczy zwykłych zjadaczy chleba zaglądać nie powinny. Dlaczego nie powinny? Bo jeśli zajrzą, to zrozumieją, że przekonanie o równych szansach na objęcie dających największą władzę stanowisk to taki żart, z którego śmieją się dzieciaki w internatach kilku ekskluzywnych szkół. Szkół, z których rekrutują się przyszli zasiadający na owych stanowiskach, czyli – elity.

Zdefiniujmy od razu, co to znaczy „elita”. Przede wszystkim kryterium stanowią pieniądze. Ale pieniądze to za mało. Pieniądze muszą być stare, to znaczy – dziedziczone, mnożone z pokolenia na pokolenie. Bo z pieniędzmi dziedziczy się też maniery, styl, zwyczaje. Członek elity rozpozna innego członka elity nawet wtedy, gdy żaden z nich nie ma przy sobie ani grosza, o grubych zwitkach banknotów nie wspominając. Rozpoznają się nie tylko ze względu na zbliżony kapitał kulturowy, ale również dlatego, że ich świat jest na tyle mały, że albo domyślają się kto jest kim, albo po prostu już się znają. A znają się, bo oni – lub ich rodzice – sprawują władzę nad jakąś częścią zasobów (materialnych, personalnych, symbolicznych, państwowych), decydujących o tym, jak wygląda nasz świat. Niech będzie zatem, że kryteria to cztery „K”: kasa, koneksje, kod kulturowy i kontrola nad zasobami.

W przypadku USA elity to mniej więcej 1% społeczeństwa. Kilka kolejnych procent to pracownicy sektora, określonego przez Jeffrey’a Wintersa mianem income defense industry (źródło: NYTimes.com), czyli wszyscy ci, którzy dbają, żeby najbogatsi pozostali najbogatsi: księgowi, prawnicy, doradcy finansowi i inni – czasem mniej formalni, czasem mniej legalni, a czasem jedno i drugie. Później są kolejne szczeble drabiny społecznej, na których mieszają się politycy, przedsiębiorcy, klasa kreatywna, personel obsługujący medialne symulakrum, celebrycki plankton, no i reszta, czyli zdecydowana większość społeczeństwa. Teraz chodzi o ten jeden górny procent.

Elita to specyficzny obiekt badań. Są nieliczni. Odizolowani od świata niczym zakonnicy. Uważnie dobierający rozmówców. Znający wartość informacji. Ceniący sobie prywatność. Badanie elit przypomina badanie więźniów, gangów, czy tajnych stowarzyszeń: chcesz się czegoś dowiedzieć – musisz być lub stać się jednym z nich. To nie przypadek, że Khan napisał Privilege…. Mógł to zrobić dlatego, że był uczniem St. Paul’s School.

Dużo łatwiej badać biednych ludzi. Po pierwsze, mniejsze wymagania musi spełnić sam badacz: może być znikąd, a i tak – jeśli tylko ma trochę oleju w głowie – nada się do roboty. Po drugie, biedni często nie mają możliwości, by się badaczowi przeciwstawić; czasem nawet nie wiedzą, że mogą odmówić. Po trzecie, biedni mają mniejsze poczucie wagi informacji, a do tego zarządzają informacją o mniejszym znaczeniu i znikomej rynkowej wartości. Po czwarte, kontakt z badaczem może być nobilitacją dla badanego biednego; w przypadku członka elity – relacja jest raczej odwrotna. Po piąte, badacz może być – i pewnie wolałby być – zależny ekonomicznie od zasobów elit; a taka sytuacja nie sprzyja rzetelnej pracy.

Khan – co widać już po nazwisku – nie należy do rdzenia amerykańskiej elity. Nie nazywa się Rockefeller, Morgan, Ford, Harkness, Mellon, Vanderbilt, czy Whitney. Syn Pakistańczyka i Irlandki urodzony w Nowym Jorku to esencja tego, czym jest świeży elitarny narybek, ale jednocześnie – to doskonały dowód na to, że elita, aby zachować swoją ekskluzywność, nie powinna otwierać się na nowych. Dlaczego? Zostańmy przy przykładzie Khana. Po latach spędzonych w szkole jego największym kapitałem nie były pieniądze, dostęp do zasobów i władzy, ani wpojony kod kulturowy elitarnego topu, lecz sam fakt, że został wpuszczony między elity – i ten kapitał przekonwertował na pozycję akademicką. Wśród większości rówieśników z St. Paul’s to zapewne niemałe faux pas.

Lubicie mit American dream – od pucybuta do milionera? No coż, wszyscy znamy przykłady ze sportu, showbiznesu, średniego biznesu, polityki i innych na poły plebejskich sfer otaczających elitarny rdzeń. Ale to tylko listek figowy. Statystycznie rzecz biorąc – jest odwrotnie. Urodziłeś się biedny – twoje dzieci też będą biedne. Urodziłeś się bogaty – twoje dzieci biedne nie umrą. W świecie Zachodu międzypokoleniowa mobilność pod względem dochodu jest najniższa w Zjednoczonym Królestwie oraz w USA (Blanden i in. 2005). Personel obsługujący elity dba, by najbogatsi pozostali najbogatsi, a biedni mogli się wspiąć tylko na pewien określony poziom dobrobytu.

Pisałem już wcześniej o tym, jak elity to robią, że są elitami. Jak utrzymują swoją silną pozycję, jak uniemożliwiają innym zajęcie podobnej pozycji, jak dogadują się między sobą, jak wykorzystują kontrolę nad zasobami i jak tę kontrolę sprawują oraz jaki wpływ ich działania, dezycje i poglądy mają na edukację, kulturę, politykę i gospodarkę. U Khana chodzi jednak – jak podejrzewam – o coś innego, mianowicie o reprodukcję elity, o stawanie się elity, o elitę in statu nascendi. Pod względem teoretycznym zapewne nie dorówna Khan swojemu wielkiemu poprzednikowi, Pierre’owi Bourdieu, założę się jednak, że lektura nudna nie będzie. Poczytamy – zobaczymy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s