Po Tofifest. Notatki krytyka niefilmowego

Do Baja po bilety na Sybir. Monamur (2011). Podchodząc do kasy postanawiam zażartować. W końcu nie co dzień kupuje się bilety na Sybir. Poproszę dwa bilety na Sybir. W dwie strony, mówię. Pani kasjerka nie zrozumiała mojego wywózkowego żartu, ale była biegła w tofifestowym dowcipie absurdu i odpowiedziała: Drugiej strony nie ma, ale pozwolimy panu wyjść tylnym wyjściem. Uznałem przewagę pani kasjerki, choć później, po zobaczeniu islandzkiego King’s Road (2010), stwierdziłem, że martwą fokę za absurdalny dowcip należałoby wręczyć reżyserce, Valdís Óskarsdóttir.

Przed SybiremPole (1990) Jima Sheridana. Dobry zestaw. Pagórkowate, kamienne wzgórza Irlandii, obfite deszcze, silne wiatry, dni wypełnione pracą, walką i pamięcią o Głodzie. Z drugiej strony – odludzia Syberii, wielkie rzeki, ogromne lasy, nieprzejezdne drogi i ukryte gdzieś w środku, na poły opustoszałe drewniane zagrody, broniące obejścia przed watahami psów i wilków. Irlandia i Sybir – niby odległe miejsca, ale tkwi w nich bardzo podobne szaleństwo. Tyle tylko, że na Zielonej Wyspie mają smaczniejsze trunki.

*

Przed Farewell, Baghdad (2010) podsłuchuję rozmowę pewnej pary (P1 i P2) oraz ich znajomego (Z) o filmach Jima Sheridana.
P1: Są filmy i jest W imię ojca.
Z: A co on jeszcze nakręcił?
P1: Na przykład Buszujący w jęczmieniu.
Z: Co to?
P1: Taki irlandzki klimat z rebeliantami z IRA.
Z: Aha.
P1. No, nawet jak to oglądaliśmy w Irlandii to poznaliśmy kolesia, Paula, co był w IRA, nie? [P1 zwraca się do P2]
P2 [zdziwienie]: Paul był w Iranie?!
Z: Nie, w IRA, nie w Iranie.
P2 [zdziwienie jeszcze większe]: No przecież mówię, że on nie był w Iranie!

*

Najbardziej niezrozumiany film festiwalu: Kobieta, która pragnęła mężczyzny (2010). Duński reżyser, Per Fly, chciał zrobić romans w mrocznym, pełnym szaleństwa klimacie Black Swan, a widownia tymczasem regularnie wybuchała śmiechem. Krótko o fabule: Dunka spotyka w Paryżu Polaka, który budzi w niej – podaję za opisem filmu – niezwykle silną namiętność. Dunka traci głowę do tego stopnia, że odszukuje Polaka w Warszawie, gdzie ich romans zamienia się w niszczycielski wir wciągający bohaterów coraz bardziej i bardziej.

Problem z odbiorem filmu polegał na tym, że głównym aktorem był właśnie Polak (Marcin Dorociński), a tłem wydarzeń – Warszawa, która miała być budzącym niepokój rewersem Paryża. Kiedy jednak duńska rodzina przybywa do Warszawy i ojciec rzuca pomysł, że pojadą do Krakowa koleją, to widownia – znająca realia polskich kolei – rży. Podobnie, kiedy w scenie z nożem, stanowiącej jeden z punktów kulminacyjnych filmu, Marcin Dorociński – rozmawiający z Dunką po angielsku – nagle rzuca kurwą, to po widowni szmer idzie. Te polskie niezamierzone smaczki strasznie wybijały publikę z rytmu. I wyszło zabawnie, choć nie tak miało wyjść.

*

Wygranym (2011) znowu wątek Polaków mówiących po angielsku (tak jak w Kobiecie, która pragnęła mężczyzny – jakaś nowa moda?). Dobry film, ale mi podobał się szczególnie jeden wątek. Przez połowę filmu budowany jest mit konkursów pianistycznych oraz ich obiektywności. Później ten mit upada. Przypomniało mi to fragment ze wspomnień Artura Rubinsteina. Gabriel Astruc, impresario Rubinsteina, tuż po koncercie zabrał go do redakcji Le Figaro. Na miejscu spotkali Henriego Bernsteina. Tego samego wieczora odbyła się premiera jego sztuki. Teraz czekali razem na korytarzu. Otworzyły się drzwi, pojawił się jakiś dziennikarz:

– Który z panów pierwszy? – usłyszeliśmy pytanie. – Jestem tu już od pół godziny – powiedział zniecierpliwiony Bernstein i wyszedł za nim do drugiego pokoju. Po paru minutach inny dziennikarz, pan Charles Joly, zaprosił nas do swego gabinetu. – Proszę powiedzieć panu Joly, co by pan chciał, aby napisano o pańskim koncercie; już późno, a numer zamyka się o pierwszej. Zarumieniłem się po same uszy, przekonany, że to żart. Ale obaj byli poważni. – U nas w Paryżu tak właśnie się te sprawy załatwia – oznajmił pan Astruc. – Bernstein też właśnie dyktuje recenzję ze swojej sztuki (Rubinstein 1986: 159-160).

*

Z klasyków warto zobaczyć Samotność długodystansowca (1962). Bardzo aktualny film o nierównościach społecznych i o tym, dlaczego często nie da się wyjść z biedy, nawet jeśli szansa jest na wyciągnięcie ręki. Kilka drobnostek: scena, gdy główny bohater (angielska klasa robotnicza, której kradzież nieobca) i jego kumpel siedzą przed telewizorem i słuchają przemówienia polityka, ironicznie się przy tym uśmiechając. W pewnym momencie ściszają dźwięk i tylko patrzą na gestykulację i miny przemawiającego a przy tym wybuchają śmiechem. Doskonałe pokazanie tego, jak ludzie odbierają pustkę telewizyjnej paplaniny. Druga rzecz, w psycho-klimacie wcześniejszych wpisów: świeżo przyjęty psycholog przeprowadza jedną z pierwszych rozmów w zakładzie poprawczym. Wychodzi średnio. Na koniec mówi do głównego bohatera: Nieźle ci poszło, na co ten odpowiada Panu chyba też. Świetne, pokazujące wysoki poziom umowności tego typu terapii.

*

Polecam Kieł (2009), diabelnie socjologiczny film, o którym musiałbym napisać tak dużo, że wolę zamilknąć.

*

W Black blood (2011) Chińczycy cały czas piją wodę i bekają.

*

Wielu krótkometrażówek nie widziałem, ale jeden film był bardzo dobry, mianowicie brazylijski I don’t want to go back alone (2010). Film można zobaczyć na jutubie, choć póki co bez angielskich napisów (mimo tego myślę, że da się zrozumieć jego sens):

*

Po każdym filmie oddawaliśmy przy wyjściu karty do głosowania z naszą oceną filmu.
P.: Ja zafałszowałam wyniki.
Ja: Dlaczego?
P.: Bo nie zawsze oceniam tak jak myślę.
Ja: :-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s