Moskwa. Papierowy zapał

Mój plan przed wyjazdem do Moskwy był całkiem ambitny. I wcale nie obejmował treningów z picia wódki. Zamiast marskości wątroby – chciałem nabyć wiedzę. Projekt w wersji minimum zakładał zajrzenie do książek, które mam na półkach w mieszkaniu. Wyobrażałem sobie to tak: przejrzę półki z reportażami, książkami historycznymi i literaturą piękną; wybiorę te dotyczące Rosji i ułożę z nich stos. Później będę je czytał, a przeczytane – odkładał z powrotem na półkę. W ten sposób będę mógł obserwować kurczącą się stertę i będę wiedział, ile jeszcze roboty przede mną.

Na początek chciałem przeczytać fragmenty opasłych podręczników, aby moją umysłową próżnię wypełnić przynajmniej chybotliwymi fundamentami wiedzy z zakresu historii. Na stosie lektur obowiązkowych ułożyłem więc Historię Rosji Ludwika Bazylowa i Pawła Wieczorkiewicza, Historię nowożytnej kultury rosyjskiej tego pierwszego oraz Historię imperium rosyjskiego Michaiła Hellera. Mam też na półkach kilka staroci, które były postrachami studentów filologii rosyjskiej w latach 80. Na stos trafiły: Dzieje Rosji do roku 1861 Jerzego Ochmańskiego oraz dwutomowa Historia literatury rosyjskiej pod redakcją Mariana Jakóbca.

Powieści to moja słaba strona (podobnie jak historia i wszystko inne), ale Czechowa lubię, więc na stos trafiły dwa tomy jego opowiadań i dodatkowo – zbiór dramatów. Tuż obok położyłem dwa tomy czechowowskiej korespondencji, które przywiozłem niedawno z antykwariatu w Poznaniu. Szanuję Achmatową, stąd zamiar przekartkowania rosyjsko-angielskiego tomiku jej wierszy i jej biografii autorstwa Elaine Feinstein. Gdyby mnie zapytać, co się działo przez ostatnich 100 lat w rosyjskiej literaturze, odpowiedziałbym kilkoma kompromitującymi banałami, dlatego rozważałem spędzenie kilku wieczorów w towarzystwie Historii literatury rosyjskiej XX wieku pod redakcją Andrzeja Drawicza.

Lubię patrzeć na kobiety, więc pomyślałem, że może równie chętnie poprzeglądam obrazki ikon i dlatego na stosik trafiły Ikony i święci prawosławni Alfredo Tradigo.

Ponieważ jakieś książki jednak czytam – postanowiłem je sobie odświeżyć. Dlatego dorzuciłem Białą gorączkę Jacka Hugo-Badera, Imperium Ryszarda Kapuścińskiego oraz książki Mariusza Wilka: Wilczy notes, Wołokę, Dom nad Oniego oraz Tropami rena. Do przeczytanych dołożyłem też biografię Stalina pióra Simona Montefiorego, a do nieprzeczytanych – biografię Katarzyny II Władysława Serczyka.

Szczególną chrapkę miałem na dwie książki o kulturze. Na stosie ułożyłem Jurija Łotmana i jego Rosję i znaki. Kultura szlachecka w wieku XVIII i na początku XIX oraz Taniec Nataszy: z dziejów kultury rosyjskiej Orlando Figesa.

Taki był plan. A taki wyrósł z tego stosik:

To był oczywiście plan minimum. Nie chciałbym wyjść na ignoranta, zdaję sobie sprawę, że te mizerne podstawy, jakie mógłbym nabyć czytając książki z domowej biblioteczki, to jedynie namiastka prawdziwej wiedzy, założyłem więc, że odwiedzę też bibliotekę uniwersytecką.

Oczyma wyobraźni widziałem siebie przynoszącego do domu etnologiczne dzieła o kulturach plemion zamieszkujących teren Federacji Rosyjskiej, układającego obok nich uczone traktaty o roli Rosji na arenie międzynarodowej, kartkującego tomy poświęcone pochylaniu się nad przyszłością tego kraju, pełne wskaźników gospodarczych i społecznych oraz krótko- i długoterminowych prognoz.

Moja wiedza o Zimnej Wojnie opiera się w dużej mierze na tym, co do łba wbiła mi amerykańska hollywoodzka propaganda filmowa; zakładałem więc, że przeczytam jakieś wspomnienia i opracowania na temat konfliktu dwóch imperializmów. Chciałem poczytać coś Anny Politkowskiej, Krystyny Kurczab-Redlich, Pawła Reszki, może spróbować Litwinienkę i kilka innych książek omawiających aktualne zagadnienia, o jakich wyczytałem w ciągu ostatnich lat w prasie. Zamierzałem pochodzić trochę po wolnym dostępie, poprzeglądać, powybierać jakieś książki w ciemno.

Tak rysował się mój – iście słowiański, pełen rozmachu – projekt.

Niestety, żaden ze mnie stachanowiec. Nie wykonałem 150% normy. Ba, nie zbliżyłem się nawet do 100%. …ani do połowy planu. Gorzej jeszcze – moja efektywność nie przekroczyła 20%. Przez takich bumelantów jak ja upadł komunizm. Przeczytałem połowę książki Jurija Łotmana, kilka rozdziałów z Orlando Figesa, odświeżyłem sobie trochę Wilka i Kapuścińskiego, przeczytałem – wypożyczony; musiałem coś z biblioteki przynieść na wypadek, gdybym jednak wykonał plan minimum! – zbiór esejów i felietonów Wiktora Jerofiejewa. Przerobiłem również – dowieziony z Kempen – pierwszy tom Dzieci Arbatu Anatolija Rybakowa. I JUŻ!

Jadę więc do Moskwy z pustką w głowie i mam dwa wyjścia: albo zacisnąć wargi i przybrać tępy i srogi wyraz twarzy albo przyozdobić twarz głupkowatym uśmiechem. Wyboru dokonała za mnie moja fizjonomia – jadę do Moskwy z tym drugim.

One thought on “Moskwa. Papierowy zapał

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s