Na Bliskim Wschodzie bez zmian?

Gdy wpada mi w oko tekst o konflikcie izraelsko-palestyńskim – omijam go szerokim łukiem. Nie mam ochoty podążać tropami dyplomatycznej Mody na sukces. Czasem tylko, mniej więcej raz do roku, coś o sytuacji na Bliskim Wschodzie przeczytam. Wrażenia po lekturze zawsze mam takie same: nudy, nic nowego, nic odkrywczego, żadnej zmiany, zero postępu, strata czasu. Tak się złożyło, że w tym roku padło na tekst Henry’ego Siegmana Obama’s Palestinian Veto: Let’s Be Honest w New York Review of Books. I tu jest coś nowego, coś ciekawego.

W ubiegły piątek Mahmud Abbas złożył wniosek o przyjęcie Palestyny do ONZ jako 194. kraju członkowskiego. Pozytywne rozpatrzenie wniosku oznaczałoby uznanie palestyńskiej państwowości. Dwa dni wcześniej Barack Obama oświadczył, że USA zawetują ten wniosek. Jak do tej pory – klasyk. Ale teraz, na czym, według Henry’ego Siegmana, polega różnica. Otóż różnica nie w tym, co zrobił Abbas, ani jak zareagowały USA, ale w tym, jak na reakcję USA zareagowała społeczność międzynarodowa: for the first time, there is a broad recognition of the emptiness of the American claim that the US is uniquely qualified to bring the Israel-Palestine conflict to an end, and awareness that it may instead be the main obstacle to peace (źródło: NYRB).

W tekście Siegmana padają mocne słowa. O wystąpieniu Baracka Obamy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ – że powiedział wszystko to, co chciałby usłyszeć izraelski rząd. O „procesie pokojowym” – że to wielki przekręt będący przykrywką dla izraelskiej ekspansji na Zachodnim Brzegu. I to, co najważniejsze, co zostało ujęte w powyższym cytacie, a co jest nowe: nikt już nie wierzy, że proces pokojowy powinien odbywać się pod ścisłą kontrolą rządu USA. Co więcej – dostrzega się, że USA proces pokojowy hamują, są największą przeszkodą na drodze do zakończenia sprawy.

Brzmi, jak solidna redefinicja sytuacji. Oczywiście, nie można być naiwnym i zakładać, że oto oglądamy ostatni sezon izraelsko-palestyńskiego tasiemca. Nic z tego. Ale ten odcinek sagi i tak był ciekawszy niż zwykle. Być może warto będzie wrócić do tematu za rok.

2 thoughts on “Na Bliskim Wschodzie bez zmian?

  1. Z każdym takim ruchem, USA tracą moc globalnego oddziaływania. Dość przypomnieć dawne wystąpienie Obamy w Kairze, tak szeroko komentowane i wzbudzające takie nadzieje Arabów. Ów potencjał jest teraz przez dyplomację USA trwoniony.

    1. Słuszny punkt odniesienia. Pojawia się też w cytowanym przeze mnie tekście. Na tym tle Siegman pisze, że podczas wystąpienia Obamy na ZO ONZ wszyscy wiedzieli, że on nie wierzy w to, co mówi, bo właśnie – w naiwnym, proizraelskim duchu – zaprzeczał swoim słowom z przemówienia w Kairze, tak jakby miał solidną sklerozę albo rozdwojenie jaźni.

      Ja reakcję dyplomatycznego światka traktuję właśnie jako swego rodzaju wskaźnik „mocy” amerykańskiej dyplomacji. Jeśli Obama w przemówieniu A mówi X, a później w przemówieniu B mówi nie-X i wszyscy dyplomaci milcząco to akceptują, to znaczy, że amerykańska dyplomacja jest silna, a USA pozostają hegemonem na arenie międzynarodowej. Ale jeśli dyplomaci usłyszą z ust Obamy nie-X i zaczyna się szmer – to znaczy, że amerykańska dyplomacja traci swą moc do stawiania znaku równości między czymkolwiek, co w danej chwili mówią, a obowiązującą dyplomatyczną wykładnią. A Siegman mówi, że to idzie jeszcze dalej: nie tylko USA przestają być traktowane jako konieczny element izraelsko-palestyńskiego procesu pokojowego, ale wręcz – stają się przeszkodą. To jest, moim zdaniem, całkiem mocne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s