„Sala samobójców” a realność ketchupu. O świecie tak-zwanym-realnym

Sali samobójców jeszcze nie widziałem, ale czytałem kilka recenzji i czasem pojawia się tam wątek „dobra realność realnego świata” vs „zła wirtualność świata wirtualnego”. Dobrze wyraził to Logos Amicus na swoim blogu:

To prawda, że nasza ludzka skłonność uciekania (się) do świata iluzji i fantazji, tudzież do hipostazy i mitu, pomogła nam wynieść się ponad tę przyziemną biologiczną masę pozbawioną wyobraźni, ale też całkowity rozbrat z tzw. twardą rzeczywistością i namacalnym zmysłowo konkretem (jaki czasem z tym się wiąże), może się odbić jakąś paranoiczną czkawką, która wyrzuci nas poza nawias „normalnego” świata, w którym już zupełnie przestanie funkcjonować nasz rozum i rozsądek (źródło: Wizja lokalna).

Muszę przyznać, że mam z takim podejściem spory problem. Otóż wydaje mi się, że dobry realny świat został już tak kulturowo, cywilizacyjnie i technicznie obudowany, że przestał być i dobry, i realny. To, co jemy, to co ubieramy, to co nas otacza, relacje, w jakie wchodzimy, więzi, w jakie się angażujemy, role, jakie pełnimy, uczucia, jakie odczuwamy – wszystko to jest fikcja, surogat i sztuczność.

Jedzenie? Nie pamiętam, kiedy widziałem ostatni raz żywą kurę, choć czasem kupuję jakieś sine – ociekające jeszcze antybiotykami – mięso, które jest ponoć filetem z piersi kurczaka. Każdy z tych filetów, które kupiłem, był filetem kurczaka-olbrzyma, jakiego nigdy w REALNYM świecie by nie wyhodowano. Dalej: frytki jem zwykle z ketchupem, ale nie bardzo wiem, na czym polega REALNOŚĆ ketchupu. Co w tej mazi wystrzeliwującej z plastikowej butelki jest realnego? Mało tego, że nie wiem – wolę nie wiedzieć.

Rodzina? Sytuacja, w której rodzice wypruwają sobie żyły, żeby dziecko jak najdłużej mogło żyć w stanie niesamodzielności, nieprzydatności, braku siniaków na tyłku zadawanych przez życie i braku możliwości robienia czegoś, co ma znaczenie, to – z całym szacunkiem dla ciężko pracujących rodziców i dzieciaków duszących się w inkubatorach bezwoli – NIE JEST REALNE.

Przyjaźń? To marna podróbka poczucia więzów krwi wspólnoty pierwotnej; żart, a nie realność, jeśli porównać „przyjaźń” do, chociażby, poczucia wspólnoty ludzi, którzy razem przemierzają pustynię, pilnują, aby ogień nie zgasł, albo razem polują na zwierza (nie mówię tu oczywiście o NIEREALNYCH myśliwych uzbrojonych w swoje fuzje i inne pukawki).

Miasto? Miasto to pod każdym względem sztuczny świat. Prawdziwe są w nim tylko niewycięte jeszcze drzewa, psie kupy i to, że można zginąć z rąk silniejszego, choć i to prawdopodobieństwo zostało nierealnie zredukowane.

Spotkania w dyskotekach, pubach czy bibliotekach? To hiper-sztuczność, festiwal NIEREALNYCH relacji, więzi bez znaczenia, które urywają się od razu, gdy ma za nimi pójść jakiś wysiłek.

Ludzie? Zwykłe plastikowo-elektroniczne cyborgi: mówią sami do siebie, mają sztuczne piersi i sztucznie wyhodowane mięśnie, mają maski zamiast twarzy, patrzą przez szkła kontaktowe, uśmiechają się zębami z porcelany, mają sztuczne kości, rozruszniki, pozmniejszane żołądki, nieswoje nerki, w uszach aparaty słuchowe, a na zębach – korekcyjne. A co mają w mózgach, o czym myślą, co ich zaprząta? Ot, pierwsze z brzegu – reżyserowane spory polityczne, serialowa śmierć Hanki Mostowiak w wyniku zderzenia z kartonami i tym-razem-już-na-pewno-skuteczna-dieta-cud.

Oczywiście – wszystko, co powyżej napisałem, to tylko zbanalizowana kompilacja myśli wielu socjologów-narzekaczy, których bardzo za to narzekactwo nie lubię, ale którymi chyba jednak trochę przesiąkłem.

Teraz do wniosków!

Do czego dochodzimy, kiedy zestawimy opozycję „dobro i realność realnego świata” – „zło i wirtualność świata wirtualnego” z socjologicznymi utyskiwaniami na zmieniający się świat? Myślę, że dojdziemy do wniosku, że w obecnej sytuacji krytyka świata wirtualnego przez odwoływanie się do realności świata realnego nie ma sensu, bo o ile świat wirtualny faktycznie istnieje, o tyle świat realny nie jest tym, czym wydaje nam się, że jest.

Dojdziemy zatem do wniosku, że naszym problemem jest nie tyle wirtualność świata wirtualnego, co brak realności świata realnego. Czy filmowy Dominik uciekałby w świat wirtualny, gdyby miał poczucie realności otaczającego go świata tak-zwanego-realnego? Filmu nie oglądałem, ale myślę, że nie.

Czy zatem postuluję powrót do jaskiń? Nie, ale postuluję, aby w sporze „realność” – „wirtualność” pamiętać nie tylko o tym, że wirtualność jest coraz bardziej realna, ale też o tym, że realność już od dawna nie jest tak realna, jakbyśmy sobie tego życzyli.

Advertisements

21 myśli na temat “„Sala samobójców” a realność ketchupu. O świecie tak-zwanym-realnym

  1. pełna zgoda. tyle że, moim skromnym zdaniem, ten stan jest niejako permanentny i uniwersalny. Towarzyszy nam, od zarania ludzkości, tyle że jako stan niedopasowania, nieadekwatności on ewoluuje, różnicuje się, powodowany zmiany otoczenia.

    „Cała nadzieja, że nie jestem stąd, nie z tego świata”. Toż to gnostyczne bardzo. Pozdrawiam :)

    1. Dlatego też nie postuluję powrotu do jaskiń, bo od razu byśmy kombinowali, jak z nich wyjść :)

      Ale punkt, w którym cywilizacyjnie jesteśmy i bez internetu daje podstawy, żeby zadawać sobie pytanie o to, czy jeszcze jakoś dotykamy świata i ludzi, czy już tylko wydaje się nam, że to robimy.

  2. Zagmatwana ta socjologia:/ ale przeczytałem i od razu przyszło mi do głowy, że może jednak świat realny jest nadal realny, tylko trzeba do niego dostosować samo pojęcie realności i wszystko będzie w porządeczku:) ale mogę się mylić…

    1. Przemyśleć i dostosować pojęcie „realności” do realności trzeba, bez dwóch zdań, i pewnie trudno będzie to zrobić bez gmatwania. Przyjedziecie do Torunia to się tym zajmiemy :)

  3. To widzę, że strasznie ciężki wypad do Torunia się szykuje:) jak takie tematy będziemy poruszać, to trzeba się do tego przygotować, bo na trzeźwo przynajmniej ja mogę mieć lekką zadyszkę intelektualną:)

  4. Jakbym słyszał swoje myśli :-). Na początku „Sala samobójców” kojarzy mi się z jakimś łajnem dla zbuntowanych czternastolatek w glanach – może się mylę ale nie zamierzam sprawdzać. Co do dzisiejszego świata ułudy to faktycznie również mam poczucie, że ludzie okopali się w jakimś sterylnym różowym bunkrze. Wprawdzie są sprawy bardzo realne których nie unikniemy jak chociażby choroba czy śmierć – ale mamy też oficjalny medialny plastikowy świat nieświadomości i ignorancji. Z jednej strony nie możemy winić młodego pokolenia za jego ignorancję bo przecież ona może być wynikiem ignorancji tych, którzy to młode pokolenie „wychowali” lecz… Lecz a)miasto to absolutna sztuczność – zgadza się. Wychowałem się na pograniczu pewnych światów wsi i miasta – i bardzo się cieszę bo moje pochodzenie pozwoliło mi zobaczyć jak żyją ludzie wsi – jak żyło się kiedyś. Moja wrażliwość nie pozwala mi o tym zapomnieć. Obecnie to się zmienia i nie wiem jak jest dokładnie ale dawniej na wsi młodzi ludzie nie mieli łatwego życia : myślę, że dobrym obrazem tego jest postać Leszka z serialu Daleko od szosy – „musiał stawać na palcach po to co inni mieli na podłodze” jak powiedziała jego miejska wybranka życia. Co do żywej kury pamiętam obrzydzenie na widok tego jak moja babcia ucinała takiej głowę mało subtelnym narzędziem jakim jest siekiera :) W Tesco tego zobaczyć się nie da. Kiedy idę ulicami miast widzę jedno, że dzisiaj liczy się „lans”. Ważne aby wyglądać ważne aby się „bujać” – kompletnie pusto w głowach. Dzieciaki, które nigdy nie spróbowały ciężkiej pracy nie doświadczyły poczucia odpowiedzialności za cokolwiek , nie wiedzą co to bieda i niedostatek zakładają szerokie spodnie i myślą, że są najlepsi. Oczywiście nie chcę generalizować sprowadzać wszystkich do jednego – chodzi mi bardziej o pewne zjawiska, które się wręcz narzucają zarówno w mediach jak i wokół mnie. Hanka Mostowiak – taaak ona jest najważniejszą postacią jaka nasza kultura jest uboga skoro nie dopuszczamy do mediów ludzi, którzy mają rzeczywiście coś do powiedzenia. Uważam, że każda minuta poświęcona takiej to jest realna rzeczywista intelektualna strata.

    Jakież to wszystko smutne, że ludzie są tak bardzo obojętni na losy innych, że potrafią wydrapać oczy za kilka groszy. Jakież to realne.

    1. Jak to słusznie ujął Logos Amicus: „problem polega na tym, że ludzie wcale nie życzą sobie tego, aby realność była realna – i to od dawna”.

      Gdyby tak dać ludziom siekierę i kazać odrąbać kurze głowę, później oskubać z pierza itd., to pewnie większość wolałaby już nigdy nie pić rosołu.

      Też widziałem obcinanie kurzych głów, zarzynanie świń, patroszenie ryb itd. i jeśli czegoś mnie to nauczyło, to przede wszystkim szacunku dla tych wszystkich zwierząt.

      To jest pewien rodzaj prawdziwości, z którego nie powinniśmy moim zdaniem rezygnować. Chcesz jeść schabik? Proszę, oto nóż, oto siekiera, najpierw ogłusz obuchem, później przetnij tętnicę, o tutaj, w tym miejscu. Nie chcesz? To dziś na obiad będą naleśniki z cukrem.

      I tak można mnożyć, również odchodząc daleko od kwestii zwierząt/jedzenia.

  5. Przyznaję – świetnie napisany tekst, tyle że – moim zdaniem – traktuje on o czymś zupełnie innym, niż ja miałem na myśli pisząc o różnicach między światem realnym a wirtualnym.
    Zwróć uwagę Wojtku, że ja pisałem o tym, że wolę kiedy międzyludzkie relacje spełniają się w tzw. realu, niż kiedy bujają w tej zjawiskowej, złudnej i iluzorycznej „rzeczywistości” wirtualnej. (Oczywiście mam tu na myśli relacje pozytywne, takie jak np. przyjaźń czy miłość).
    Innymi słowy: dla mnie prawdziwa przyjaźń (miłość) w rzeczywistości konkretnej (namacalnej) jest więcej warta, niż przyjaźń (miłość) ograniczona tylko do sfery wirtualnej. A to właśnie ze względu na konkret (i rzeczywistą weryfikowalność) pierwszej oraz iluzoryczność i ulotność drugiej.
    (Naturalnie nie piszę tu o takich przypadkach, kiedy np. młody człowiek znajduje więcej zrozumienia i komfortu w sieci, niż w życiu realnym – bo wtedy wina zwykle leży po stronie środowiska albo też spowodowane to jest innymi specyficznymi warunkami, w jakich się ten człowiek znalazł.)

    Twój tekst traktuje właściwie o coraz bardziej postępującej sztuczności świata, w którym żyjemy – o ersatzach jakimi sami się karmimy, albo jakimi karmią nas. To jednak jest kwestia konkretnej sytuacji (środowiskowej), w jakiej znalazł się współczesny człowiek, a nie problemu o jakim ja piszę.

    Stwierdzasz: „…w obecnej sytuacji krytyka świata wirtualnego przez odwoływanie się do realności świata realnego nie ma sensu, bo o ile świat wirtualny faktycznie istnieje, o tyle świat realny nie jest tym, czym wydaje nam się, że jest.”

    Z filozoficznego punktu widzenia (biorąc pod uwagę możliwości i mechanizmy percepcyjne człowieka) nigdy świat realny nie jest tym, czym nam się wydaje, bo, tak po prawdzie, nasze postrzeganie rzeczywistości – czyli tego co naprawdę JEST – jest zaledwie naszą zmysłową (także umysłową) INTERPRETACJĄ tego co JEST. Innymi słowy, my nie widzimy świata takiego, jaki on rzeczywiście JEST, tylko taki, jak się on nam WYDAJE.
    Ale to są dywagacje filozoficzne, które chyba możemy sobie tu darować.

    The point is: normalny, zdrowy na umyśle, w miarę inteligentny człowiek może odróżnić fikcję od rzeczywistości, sen od jawy, iluzję od prawdy, mit od faktu, złudzenie od konkretu… przynajmniej jeśli chodzi o to, z czym mamy do czynienia na tym poziomie „prozaicznym” – życia naszego powszedniego. I jeśli uciekamy w światy wirtualne, to robimy to celowo i jednak świadomie, bo myślimy, że dadzą one nam coś, czego nie jest nam w stanie dać świat realny.
    Mnie się wydaje, że ten eskapizm więcej przynosi ludziom złego, niż dobrego. Taki ersatz właśnie.

    Uważam, że np. rzeczywisty stosunek z kobietą, która kochamy jest czymś lepszym niż onanizowanie się na jej widok na ekranie komputera; uważam, że fajniej jest pojechać na Hawaje samemu, niż oglądać tylko te Hawaje na obrazkach; uważam, że lepiej jest skosztować jakiś owoc samemu, niż czytać opisy jego smaku w książkach… itd. itp.

    Piszesz też: „…postuluję, aby w sporze „realność” – „wirtualność” pamiętać nie tylko o tym, że wirtualność jest coraz bardziej realna, ale też o tym, że realność już od dawna nie jest tak realna, jakbyśmy sobie tego życzyli.”

    Otóż wg mnie problem polega na tym, że ludzie wcale nie życzą sobie tego, aby realność była realna – i to od dawna.
    Dlatego uciekają od niej w wirtualne światy, (albo właśnie samą realność odrealniając).

    Pozdrawiam

    1. Jeśli tekst się udał, to dziękuję za inspirację, bo inaczej by nie powstał!

      Zgadzam się też, że ja – wychodząc od Twojej notki – podjąłem trochę inny temat.

      U Ciebie problem jest taki: ta sama miłość i ta sama przyjaźń jest możliwa zarówno w świecie realnym i w świecie wirtualnym, ale świat realny ma swoje niezaprzeczalne walory i o ile to możliwe, lepiej, żeby miłość/przyjaźń odbywała się właśnie w świecie realnym.

      Z kolei w moim tekście stawiam pytanie o to, czy „prawdziwa przyjaźń/miłość” może we współczesnym, realnym świecie być – ze względu na „postęp” społeczno-technologiczny tego świata – w ogóle „prawdziwa”. Lub inaczej: piszę o tym, że nie zastanawiamy się, czy jeszcze dotykamy świata i ludzi, czy już tylko wydaje się nam, że to robimy.

      A to już, jak słusznie zauważasz, jest wejście na grząski grunt filozoficzny.

      Dalej piszesz: The point is: normalny, zdrowy na umyśle, w miarę inteligentny człowiek może odróżnić fikcję od rzeczywistości, sen od jawy, iluzję od prawdy, mit od faktu, złudzenie od konkretu… przynajmniej jeśli chodzi o to, z czym mamy do czynienia na tym poziomie „prozaicznym” – życia naszego powszedniego. I jeśli uciekamy w światy wirtualne, to robimy to celowo i jednak świadomie, bo myślimy, że dadzą one nam coś, czego nie jest nam w stanie dać świat realny.

      I pokazujesz poziom, na którym da się odróżnić realność od wirtualności:

      Uważam, że np. rzeczywisty stosunek z kobietą, która kochamy jest czymś lepszym niż onanizowanie się na jej widok na ekranie komputera; uważam, że fajniej jest pojechać na Hawaje samemu, niż oglądać tylko te Hawaje na obrazkach; uważam, że lepiej jest skosztować jakiś owoc samemu, niż czytać opisy jego smaku w książkach… itd. itp

      I to jest bardzo przejrzyste zdefiniowanie sytuacji.

      A to mącenie, które ja staram się robić, to pytanie o to, czy jeśli na przykład uwzględnimy, że ta nasza ukochana miała zoperowany wzgórek łonowy, żeby był jak u dziecka, bo tak ponoć ładniej, jeśli my ją kochamy, bo ona jest jak z okładki, a dla nas bardzo ważne jest, co na okładkach pokazują, jeśli kochamy się wedle 10 porad seksuologa, do którego poszliśmy po wizycie u psychoanalityka, u którego ratowaliśmy nasz związek, a miłość pojmujemy jako takie coś, co robią wszyscy nasi znajomi no i wypada po prostu, to czy to jeszcze – poza farmakologicznie wspomaganym orgazmem – jest w ogóle prawdziwe?

      I to, co mnie zastanawia, także w kontekście filmu, w kontekście młodego człowieka, nieukształtowanego jeszcze nastolatka, to to, czy taki „normalny, zdrowy na umyśle, w miarę inteligentny człowiek” jest w stanie dostrzec, że jego realny świat, to właśnie taki niby-świat, w którym każdy drobny kawałeczek można wziąć pod światło i powiedzieć „to nie jest prawda”. Wydaje mi się, że nie i że zamiast fałsz tego świata zdemaskować, to on tylko mu się poddaje, pozwala, aby go ten świat uwierał, budził niepokój, nie dawał możliwości poczucia spełnienia. …a stąd już prosta droga do – dającego ukojenie – świata wirtualnego, w którym czujemy się lepiej i sami nawet nie wiemy dlaczego (a ja chcę powiedzieć, że to dlatego, że zaszwankował świat uważany-za-realny).

      Ukłony załączam!

  6. To mi przypomina przedmowę Stanisława Lema do pierwszego (chyba) wydania „Ubika” Philipa K. Dicka, gdzie pisał, że niemożliwy jest „powrót do jaskiń”, bo za daleko zaszliśmy. A kiedy to było!

    Co chcę pokazać, że to wrażenie nie jest niczym nowym. Ktoś wcześniej zresztą napomknął o tym.

    1. O tak, lista poprzedników jest bardzo, bardzo długa. Ogołociłem mój tekst z nazwisk, napomykając tylko o inspiracjach socjologicznych, ale tę moją notkę można by napisać na ileśset stron, gdyby zrobić solidny przegląd literatury.

      Niemniej jednak bicie Lemem jest nie fair ;)

      1. Czy Lema to nie wiem, ale nas na pewno :)

        Rzecz do opatentowania: „trolling na Lema”: przychodzisz na jakiegokolwiek bloga i zostawiasz komenta, że Lem pisał o tym już 40 lat temu i jest discussion-killer ;)

  7. „…stawiam pytanie o to, czy „prawdziwa przyjaźń/miłość” może we współczesnym, realnym świecie być – ze względu na „postęp” społeczno-technologiczny tego świata – w ogóle „prawdziwa”. Lub inaczej: piszę o tym, że nie zastanawiamy się, czy jeszcze dotykamy świata i ludzi, czy już tylko wydaje się nam, że to robimy.”

    Na pierwsze pytanie mogę odpowiedzieć: tak, tak przyjaźń/miłość może być prawdziwa.
    A na drugie?
    Cóż, wiele z naszych kontaktów w świecie realnym, jest niestety taka tylko naskórkowa – „ślizgamy” się ledwie po powierzchni tego świata, a spotykani przez nas ludzie są dla nas bardziej jakimiś „chodzącymi” gravatarami, niż istotami z krwi i kości, których egzystencją byśmy się głębiej przejęli.
    (Ale to też jest inny – swoją drogą też wart uwagi – temat. Podobnie jak podjęty przez Ciebie wątek artyfikalizacji naszego współczesnego świata – jego coraz bardziej zaawansowaną sztuczność i karmienie nas w nim różnymi złudami udającymi tylko rzeczywistą wartość i konkret.)

    „I to, co mnie zastanawia, także w kontekście filmu, w kontekście młodego człowieka, nieukształtowanego jeszcze nastolatka, to to, czy taki „normalny, zdrowy na umyśle, w miarę inteligentny człowiek” jest w stanie dostrzec, że jego realny świat, to właśnie taki niby-świat, w którym każdy drobny kawałeczek można wziąć pod światło i powiedzieć „to nie jest prawda”.”

    Nawiązując do filmu i jego bohatera: tak, on właśnie dostrzegł, że jego świat realny jest tak naprawdę niby-światem (brak prawdziwego, głębszego kontaktu/związku z własnymi rodzicami, powierzchowność, złuda i obłuda „przyjaźni” rówieśników…) I dlatego postanowił z tego „realnego” świata uciec w świat wirtualny, w którym – jak mu się wydawało – znajdzie większy komfort, przyjaźń, uczucie…
    Zakończenie filmu mówi zaś jednoznacznie – czy to mu się udało, czy też nie?

    PS. Swoją drogą cały film jest dostępny na Youtube:

    Pozdrawiam

    1. Nawiązując do filmu i jego bohatera: tak, on właśnie dostrzegł, że jego świat realny jest tak naprawdę niby-światem (brak prawdziwego, głębszego kontaktu/związku z własnymi rodzicami, powierzchowność, złuda i obłuda „przyjaźni” rówieśników…) I dlatego postanowił z tego „realnego” świata uciec w świat wirtualny, w którym – jak mu się wydawało – znajdzie większy komfort, przyjaźń, uczucie…
      Zakończenie filmu mówi zaś jednoznacznie – czy to mu się udało, czy też nie?

      Ja nie mam złudzeń co do wirtualnego świata i generalnie nie widzę w nim ratunku.

      Pojawiał się już wątek miłości/seksu, więc do tego nawiążę: z badań socjologicznych wynika, że chłopcy nabywający swoją wiedzę i wyobrażenia o związkach z kobietami z filmów pornograficznych nie potrafią nawiązywać ani relacji uczuciowych, ani seksualnych z prawdziwymi kobietami. W realu na każdym kroku natrafiają na jakieś przedziwne zachowania partnerek: a to się okazuje, że randka nie zaczyna się od seksu, że potrzeby kobiet nie współgrają z potrzebami kobiet z filmów, że kobiety oczekują innego zachowania niż to jakie partner przyswoił sobie z porno filmów, że ta realna kobieta ma zapach itd. itp.

      Takich przykładów można mnożyć, żeby pokazać, że świat wirtualny przynosi mnóstwo negatywnych konsekwencji.

      Tylko – i tutaj mój główny punkt – że nie można krytyki zaczynać od krytyki świata wirtualnego. On jest wtórny. Najpierw trzeba powiedzieć: real jest do kitu i dlatego dzieciaki uciekają do alternatywnego świata. Narzekamy, że uciekają w świat wirtualny? To dajmy im lepszy świat realny. Nie potrafimy? To chociaż pogódźmy się z tym, że wina nie leży po stronie świata wirtualnego, nad którym nie mamy kontroli, tyko, że leży w nas, w rodzinach, w przyjaciołach, w otaczających nas instytucjach, w kulturze itd.

      Pozdrawiam :)

      1. To prawda, świat wirtualny sam w sobie nie jest ani zły ani dobry (choć bez wątpienia – jako taki nasz znak czasu – może się nam wydawać fascynujący). Dopiero to, co my (ludzie) z tym światem (w tym świecie) robimy, czyni zeń coś złego lub dobrego.

        Zgadzam się też co do Twojej diagnozy o dość marnej kondycji naszego współczesnego świata.
        Uważam jednak, że lepiej byłoby, gdybyśmy ten świat realny starali się jakoś naprawiać (choć przecież nigdy nie będzie on „działał” doskonale), niż (zamiast tego) uciekali (się) do różnej maści – iluzorycznych przecież w swej istocie – światów wirtualnych.
        (Sorry, jeśli zabrzmiało to zbyt dydaktycznie.)

      2. Problem chyba jest tu taki, że tak, jak lekarstwem na postęp jest więcej postępu, to jedyne lekarstwo jakie możemy obecnie skonstruować i wprowadzić w życie w omawianej tu kwestii – to lepszy świat wirtualny :)

  8. Trudno sie z tym wszystkim nie zgodzic. Ja to widze troche od innej strony i nawet poswiecilem temu oddzielny wpis u siebie. Czlowiek stara sie zamienic wsystko w przyjemnosc. I calkiem mu to wychodzi, ale jak wiadomo przesyt prowadzi do zupelnie odwrotnych skutkow niz zamierzone wiec mamy to co widac.Pozdrawiam

    1. Tyle, że ta przyjemność jest często fałszywa i koniec końców robi się – nieprzyjemna. A że w realu osiągać przyjemność coraz trudniej, to idzie się na skróty – do świata wirtualnego. Tyle, że tutaj szybko dochodzi się do punktu, w którym widać, że wirtualna przyjemność istnieje, jest jej bardzo dużo, można czerpać do woli, ale właśnie – jest wirtualna.

      (Znowu zwracam uwagę, że „real is king”, ale real nie taki, w jakim żyją ludzie, którzy muszą ratować się ucieczką do świata wirtualnego.)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s