Ile człowieka w „Hombre Kapuścińskim”?

Ryszard Kapuściński (źródło: http://kapuscinski.info)

Hombre Kapuściński Mirosława Ikonowicza. Jeszcze jedna książka o Ryszardzie Kapuścińskim. Gdy zabrałem się za lekturę, P. spojrzała krzywo i powiedziała: Po co czytać TAKIE książki, skoro do przeczytania jest tyle wielkiej, światowej literatury? Dobre pytanie.

Książki Kapuścińskiego znam całkiem nieźle. Dzięki temu, że je znałem – zdałem pisemną i ustną maturę, a także dostałem się na studia. Uważam, że mój styl pisania (bycia, myślenia) jest do pewnego stopnia tą znajomością naznaczony. Ale dwie sprawy związane z Ryszardem Kapuścińskim, jego książkami i tym, co się o nim i o nich mówi, od dawna mnie intryguje/irytuje.

Po pierwsze – w książkach RK jest mnóstwo białych plam, zagadnień nieopisanych, pominiętych (część z woli autora, a część ze względu na uwarunkowania, w jakich przyszło mu pisać). Po drugie – RK już za życia był poddawany wazeliniarskim zabiegom upomnikawiającym i autorytetotwórczym (co wiązało się z zamiataniem wielu ciekawych pytań pod dywan).

I właśnie w nadziei, że część tych białych plam uzupełnię, że na część pytań znajdę odpowiedź – czytam TAKIE książki. Od czasów Po Nastaniu Bloga przeczytałem trzy: mizerne Prawdy ostateczne Ryszarda Kapuścińskiego Krzysztofa Mroziewicza (2008), wart uwagi Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego Jarosława Mikołajewskiego (2008), oraz epokowego Kapuścińskiego non-fiction Artura Domosławskiego (2010). Artur Domosławski zrobił to, czego nie zrobili inni: pokazał Kapuścińskiego bez zwyczajowej marynaty nadczłowieka i uberautorytetu oraz udowodnił, że jego książki da się nie tylko wychwalać, ale można próbować je również przemyśleć (niestety – sam Kapuściński wolał chyba być czytany i wychwalany niż przemyśliwany i dyskutowany).

A zatem – czy Hombre Kapuściński coś wnosi?

Tak. Mirosław Ikonowicz (ur. 1932; dziennikarz-ikona i korespondent PAP od 1953 roku; od 1952 znajomy, a później – przyjaciel RK) wykorzystuje swoje atuty: podobne do RK doświadczenia w dzieciństwie, wspólne studia, znajomość realiów pracy korespondenta w Afryce i Ameryce Południowej. Wiedzę o wyprawach Kapuścińskiego omawia też przez pryzmat obecnej wiedzy o wydarzeniach, które RK relacjonował (np. w oparciu o dane z odtajnionych archiwów).

Tłumaczy, między innymi, dlaczego (najprawdopodobniej) spełnił RK rolę pożytecznego idioty, gdy podróżował przez Boliwię śladami Che Guevary i gdy tłumaczył jego dziennik. Pokazuje mechanizmy, jakie mogły prowadzić do inscenizowania przed RK scen, w których wydawało się, że grozi mu niebezpieczeństwo, ale jakimś cudem wychodził z nich cało. Właśnie to dodawanie kontekstu (do dzieciństwa, do studiów, do pracy w PAP oraz do pracy na placówce) stanowi główną wartość książki.

Gdy zobaczyłem Hombre Kapuścińskiego po raz pierwszy, miałem spore obawy. Po pierwsze – że będzie to mdła przyjacielska laurka-literaturka. Po drugie – odrzuciło mnie motto z… Paulo Coelho. Gdyby Mirosław Ikonowicz utrzymał ton uduchowionych literackich balsamów z (trafnego) cytatu zapożyczonego od natchnionego Brazylijczyka – byłby wielki niewypał. Tak się na szczęście nie stało.

Mimo tego, Mirosław Ikonowicz nie uniknął powtarzania pewnych mitów związanych na przykład z legendarnym sprawdzaniem przez RK każdego faktu w różnych źródłach (por.: s. 227), ale jest ich na tyle niewiele, że nie jest to natarczywe (choć ich ilość rośnie im bliżej końca książki).

Być może byłoby gorzej, gdyby nie powstała książka Artura Domosławskiego. Ale ponieważ Domosławski zrobił to, co zrobić należało, Mirosław Ikonowicz mógł bez skrępowania i bez obalania tabu pisać na przykład o szczerym młodzieńczym zaangażowaniu Kapuścińskiego w Związku Młodzieży Polskiej, czy o trudnych stosunkach z córką.

Na koniec – anegdota (w książce jest ich sporo). W Angoli obydwaj – przy różnych okazjach – otarli się o śmierć. Udało im się jednak przeżyć i wrócić do Polski:

…spotkaliśmy się na opłatku redakcyjnym z naszym szefem i przyjacielem Michałem Czarneckim. Zwierzaliśmy się Michałowi, że bywały w Afryce różne sytuacje, ale człowiek zawsze się pocieszał: w razie czego przynajmniej rodzina będzie miała dobrze, dostanie spore odszkodowanie. Jakoś nigdy o to nie pytaliśmy kierownictwa, ale wydawało nam się oczywiste, że jesteśmy dobrze zaasekurowani przez Agencję, podobnie jak nasi zachodni koledzy jeżdżący do Afryki w charakterze korespondentów wojennych. Michał na to:
– Goście, w ogóle nie byliście ubezpieczeni! (Ikonowicz 2011: 177)

Ikonowicz, Mirosław. 2011. Hombre Kapuściński, Warszawa: Rosner i Wspólnicy sp. z o.o.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s