Życie jak w Disneylandzie

Mamy rok 2012, a ludzie wciąż boją się, że „ktoś pozna mój adres IP”. Bitch, please. Jeśli chcesz wiedzieć, czego dzisiaj należy się obawiać – spójrz na… Disneyland. Parki rozrywki Disney’a – przynajmniej te w USA – to prawdopodobnie największe, najlepiej rozwinięte kompleksy prowadzące identyfikację klientów na podstawie danych biometrycznych. Wystarczy wejść do środka, a po chwili park oferuje serię fotek twoich i twojej dziewczyny z waszymi imionami i danymi karty kredytowej. Nie musicie nawet mówić, jak się nazywacie! (Nikt też nie prosi o zgodę na wykorzystanie waszych danych biometrycznych do zidentyfikowania was.)

Kamera umożliwiająca rozpoznawanie twarzy i numerów rejestracyjnych samochodów. Model wykorzystywany w Niemczech i Szwajcarii. By Maraparacc at en.wikipedia (Transferred from en.wikipedia) [Public domain], from Wikimedia Commons

W sumie to jest genialne w swej prostocie. Gdybym miał testować urządzenia do rozpoznawania twarzy – robiłbym to właśnie w miejscu, gdzie ludzie wyprawiają ze swoimi twarzami co tylko jest możliwe: śmieją się, są przerażeni, płaczą, są smutni, szczęśliwi, podejrzliwi, uważni, coś ich szokuje, obrzydza, bawi. Wystarczy rozstawić kamery w strategicznych miejscach. Nikogo chyba nie zdziwi fakt, że biznesowe powiązania między firmami zajmującymi się rozwijaniem tych technologii prowadzą do Amerykańskiego Departamentu Obrony, NSA i CIA, ani to, że po 11 września 2001 eksperci Disney’a byli konsultantami amerykańskiego rządu ds. identyfikowania obywateli. Ot, Operation Mickey Mouse.

Staram się połączyć razem kilka wątków, ale jakoś mi to nie wychodzi. Po pierwsze, kryminolodzy od dawna wiedzą, że ani większe prawdopodobieństwo złapania, ani świadomość wysokości kary nie odstraszają przestępców, bo ci po prostu nie biorą pod uwagę, że mogą zostać złapani. Po drugie, w internecie można znaleźć tysiące przypadków, w których ludzie sami dokumentują dokonywane przez siebie wykroczenia i przestępstwa (vide: ekstremalny przypadek Kanadyjczyka złapanego niedawno w Berlinie. Gość wrzucał do Sieci filmy, na których dusi koty zamykając je w plastikowych workach, albo rozczłonkowuje ludzkie zwłoki). Dla tych ludzi obecność kamer wydaje się być raczej zachętą. Po trzecie, im lepszy sprzęt, tym lepsza dokumentacja zbrodniczych czynów, a dla psychopatów to sama korzyść (ów Kanadyjczyk został złapany w kafejce internetowej na oglądaniu pornoli i czytaniu artykułów na swój temat). Po czwarte, to olbrzymie wydatki z podatków na rozwijanie technologii i pilnowanie ludzi, którym w zdecydowanej większości można pomóc oferując możliwość pracy i lepszego życia, zamiast poniżać ich jeszcze bardziej kamerami na każdym rogu ulicy. Po co zatem ten cały technologiczny overkill? Żeby bronić dobrych obywateli przed złymi, czy po to, aby państwo mogło bronić się przed społeczeństwem?

11 thoughts on “Życie jak w Disneylandzie

  1. Aż mi się przypomniał „Raport Mniejszości” reklamy skanujące siatkówkę oka i kierującą ofertę bezpośrednio po imieniu i nazwisku do osoby i nic się nie może ukryć.

    1. Nie tylko Tobie, w tekście z Guardiana, do którego linkuję jest fotka z filmu :>

      No i sam wątek komercyjny też jest ciekawy. Czy naprawdę trzeba/należy robić aż tyle, żeby dotrzeć ze swoją ofertą do klienta, szczególnie jeśli ten klient coraz częściej myśli o tym, jak ogarnąć zakupy w najtańszym dyskoncie, bo na inne go nie stać? Czy Disney’owi opłaca się wydawanie pieniędzy na taki sprzęt, żeby zaoferować klientowi fotkę od razu z danymi z karty kredytowej? Czy opłaca się wydawanie takich pieniędzy na system mający rzekomo zapewniać bezpieczeństwo innych klientów? Przecież jak jakiś psychol będzie chciał zrobić masakrę, to go kamerki nie powstrzymają. No coż, ale przynajmniej inżyniery mają co robić za państwowe pieniądze ;-)

      1. Mam za sobą przygodę z reklamą i wg, tego co się dowiedziałem po prostu trzeba się pchać by być zauważonym. Wiec dlaczego nie „wleźć” klientowi w oczy dosłownie?
        A i po rynkach widać że jest coraz ciaśniej i coraz trudniej się jakkolwiek wybić a producenci a choćby samochodów próbują zapełnić wszystkie możliwe nisze.
        Wiec taka możliwość jest kusząca. Namiastkę tego mamy choćby w Ad Sens czy reklamach na Facebooku.

  2. „Po co zatem ten cały technologiczny overkill? Żeby bronić dobrych obywateli przed złymi, czy po to, aby państwo mogło bronić się przed społeczeństwem?” Myślę, że to dość naiwne twierdzić, że służy to szeroko pojętej obronie. Moim zdaniem chodzi tu raczej o pierwotne pragnienie władzy i kontroli, kiedyś służyła do tego wiedza i religia ale w XXI wieku, wieku ludzi oświeconych gdzie wiedza jest rozpowszechniona i szerzy się ateizm zadanie to jest utrudnione. Z drugiej strony postęp techniczny sprzyja inwigilacji społeczeństwa i myślę, że nie ma państwa na świecie, które ( w miarę swoich możliwości) nie inwestowałoby w rozwój tej technologii. Trzeba też zauważyć, że obywatele w nosie mają czy ktoś ich kontroluje czy nie, dopóki nie odczuwają tego bezpośrednio na sobie, nie interesują się tym co i kto wie na ich temat, dopóki nie wykorzystuje tego przeciwko nim. Cały myk polega na tym, żebyśmy nie wiedzieli i nie czuli, że zdobyta wiedza na nasz temat jest wykorzystywana przeciwko nam.

    1. Dzięki za ciekawy komentarz. Szczególnie ostatnie zdanie wydaje mi się trafne. Wciąż jednak jakoś trzeba społeczeństwom tłumaczyć wydatki i instalowanie tego sprzętu. Pod tym względem retoryka bezpieczeństwa będzie wykorzystywana jeszcze nie raz, bez względu na to, czy jest sensowna. Niestety.

    2. Wojtkowi chyba chodziło raczej o to, że inwigilacje czyni się w imieniu dobra obywateli (z lekką ironią jak rozumiem). Tak czy inaczej moim zdaniem problem z inwigilacją (a w szerszym ujeciu ze zbieraniem i przetwarzaniem danych) leży trochę gdzie indziej. W ich toksyczności: jakie i w jakich okolicznościach dane stają toksyczne czyli szkodliwe dla dobra właśnie ludzi.

      To jest trochę jak z dynamitem Nobla: z jednej strony można wiele rzeczy dzięki temu wynalazkowi usprawnić a z drugiej strony giną też ludzie. Ja sam ze swojego życia widzę, czasami, że wygodniej by było mi gdyby państwo miało trochę więcej danych o mnie (a własciwie lepiej zintegrawało dane, które już mają). Prawdzimy problem w mojej opinii leży nie czy ktoś zbiera dane tylko kto i w jaki sposób je wykorzystuje; jaki ja mam wpływ na ich jakość i obszerność; czy jest jakiś rządowy organ kontroli wykorzystywania danych… To są problemy, które moim zdaniem istotne. Dysuskja o inwigilowaniu obywateli jest trochę skrajna w dziedzinie toksyczności danych

      1. Michał, obydwaj umiemy sobie wyobrazić świat, w którym dane są zbierane, organizowane i wykorzystywane dla dobra obywateli. Potencjał jest ogromny i naprawdę można byłoby sporo zmienić na lepsze wykorzystując tylko te informacje, które już i tak są zbierane. Tylko, że te rozwiązania automatycznie zostają/zostałyby wypaczone, gdy tylko nałoży się na istniejące systemy (biurokrację, konflikty interesów, braki kompetencyjne kadr, krótkookresowe i partykularne korzyści poszczególnych zainteresowanych itd.). Dlatego mówię: zbieranie i przetwarzanie danych „tak”, ale nie w obecnych warunkach :)

        Niedawno Vagla pisał (http://prawo.vagla.pl/node/9619), że Izba Skarbowa we Wrocławiu postanowiła zamówić usługę polegającą na „dostępie do bazy danych wraz z narzędziem do wyszukiwania archiwalnych danych z platformy aukcyjnej Allegro oraz serwisów ogłoszeniowych”. I wskazywał przy okazji na art. 51 ust. 2 Konstytucji RP, zgodnie z którym „Władze publiczne nie mogą pozyskiwać, gromadzić i udostępniać innych informacji o obywatelach niż niezbędne w demokratycznym państwie prawnym”. Chodzi więc też o jakieś podstawy systemu demokratycznego, który od totalitarnego miałby się odróżniać między innymi poziomem inwigilowania obywateli. Ta różnica ostatnimi czasy gdzieś się zatraca.

  3. Panowie, widzę, że bawimy się w typy idealne. :)
    „Dlatego mówię: zbieranie i przetwarzanie danych “tak”, ale nie w obecnych warunkach :)”
    Oczywiście! Ale nie oszukujmy się, nigdy nie będzie do tego odpowiednich warunków.
    Czy tylko mi się wydaje, że wkroczyliśmy w erę wyścigu szczurów ???
    Ja jestem pewna, że zbieranie i przetwarzanie danych zaszkodzi
    o ironio, tym się będę w życiu zajmować

    1. AŻ TAKIM idealistą nie jestem. Nie da się uciec od informacji. Ale da się nimi lepiej zarządzać. Dzisiejsze ustawy o dostępie do informacji za kilkadziesiąt lat (mam taką nadzieję) będą postrzegane jako mroki średniowiecza ery informacji (a już na pewno ich egzekwowanie). Można jeszcze naprawdę wiele, wiele zrobić, żeby zracjonalizować gromadzenie, wykorzystywanie i kontrolowanie informacji (w tym kontrolę przez obywateli). Bardzo powoli takie rzeczy się dzieją, również w Polsce. Fundacja ePaństwo wygrywa przed Naczelnym Sądem Administracyjnym sprawy przeciwko I Prezesowi Sądu Najwyższego (http://prawo.vagla.pl/node/9855), mamy sporo innych NGO-sów i ludzi działających w tym zakresie. Właśnie zakładanie z góry, że nic nie da się zrobić jest niebezpieczne, bo wtedy można oddać się już bez reszty szczurzej gonitwie! :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s