Epitafium dla konsultantów politycznych (2)

Wiadomo już trochę więcej o tym, co robili analitycy danych pracujący w kampanii Baracka Obamy. Zaczęli od zbudowania jednej wielkiej mega-bazy danych, w której zgromadzili wszystkie dostępne im informacje. To duża jakościowa zmiana, bo we wcześniejszych kampaniach panowała biegunka informacyjna, skutkująca produkcją oderwanych od siebie, gromadzonych bez ładu danych.

Potencjalni wyborcy byli oceniani pod względem rodzaju agitacji, jaki najpewniej na nich zadziała. Byli też sortowani według odporności na perswazję. Z tych danych korzystali wolontariusze dzwoniący, piszący maile, chodzący po domach.

Większość uwzględnianych czynników determinujących to podstawy takie jak wiek, płeć, rasa, sąsiedztwo czy historia głosowań wyborcy. Te informacje uzupełniono danymi o konsumenckich nawykach wyborców. „Dzięki temu mogliśmy przewidzieć, kto wesprze kampanię on-line, a do kogo należy dotrzeć poprzez pocztę. Mogliśmy też modelować naszych wolontariuszy” – powiedział jeden ze starszych doradców. (źródło: Time; tłum. moje)

Zakładam, że modelowanie wolontariuszy polegało na tym, że jeśli dane o wyborcy wskazywały, że może nie przekonać go czarny hip-hopowiec, wysyłany był do niego biały pod krawatem itd.

Ważną częścią pracy było włączanie danych z poprzednich kampanii. Dlatego jednym z głównych celów byli ci wyborcy, którzy byli aktywni 4 lata temu (np. zapisali się do newslettera, a później zrezygnowali z subskrypcji). W tekście sporo mówi się też o testowaniu założeń wyprodukowanych na podstawie danych. Pewnie chodzi o socjologiczne badania sprawdzające czy faktycznie dany typ przekazu jest dopasowany do określonego typu odbiorców.

W przypadku Ohio, jednego z kluczowych swing states, analitycy mieli dane o 29000 wyborców. Wystarczy, aby móc powiedzieć coś znaczącego. Podobnie było z internautami. Decyzja o udziale Baracka Obama w dyskusji na Reddit była podyktowana oceną użytkowników serwisu. To był potencjalny elektorat Obamy, który należało zmobilizować.

Wykorzystywany był też Facebook:

W końcowych tygodniach kampanii osoby, które wykorzystywały aplikację Obamy, otrzymały wiadomości zawierające zdjęcia ich przyjaciół mieszkających w swing states. Adresaci wiadomości byli proszeni, aby wcisnąć przycisk, który spowoduje, że do ich znajomych wysłana zostanie prośba, aby coś zrobili – np. zarejestrowali się do głosowania lub oddali głos. Badania wskazały, że mniej więcej 1 na 5 osób spełniła prośbę, w dużej mierze dlatego, że prosił znajomy. (źródło: Time; tłum. moje)

W zasadzie to samo robi się już w biznesie, więc nie jest to jakoś miażdżąco odkrywcze. Jest za to godne podziwu ze względu na podjęcie ryzyka: to 2 lata ogromnej pracy kilkudziesięcioosobowego zespołu, która mogła się nie przełożyć na głosy wyborców. Pozostaje też kwestia oceny tego typu działań w kampanii wyborczej. Dla mnie to jest prawie OK. Po pierwsze chodzi o wykorzystanie danych o wyborcach. Choć przecież na mniejszą skalę i w mniej zdyscyplinowany sposób, ale robiono to już wcześniej. Po drugie problem polega na tym, że przekaz jest bardzo profilowany pod odbiorcę i w efekcie kandydat mówi co innego do innych kategorii wyborców. Ale z drugiej strony to też nic nowego. Wystarczy spojrzeć na nasze podwórko. Kandydat co innego mówi na Śląsku, a co innego w Warszawie. Tak czy inaczej – sygnał jest jasny: konsultanci! Uczcie się SPSS’a!

Reklamy

3 myśli na temat “Epitafium dla konsultantów politycznych (2)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s