Nasze dzieci nie będą magistrami

Niedługo na świecie będzie tylko kilka uniwersytetów. A wszystko dlatego, że dzięki kursom on-line garstka profesorów z najbardziej prestiżowych uczelni będzie w stanie obsłużyć tylu studentów, na ilu pozwolą serwery. A ćwiczenia, laboratoria, konwersatoria? Żaden problem – wystarczy przygotować interaktywne aplikacje pozwalające zmuszać studenta do myślenia, do sprawdzania swojej wiedzy w praktyce, do odpowiadania na trudne pytania. Zresztą – od dawna już się to robi.

Czy zatem przyszłość edukacji wygląda tak, że będzie się robiło to samo, co robiło się na uniwersytecie, tylko że sprzed ekranu komputera i ze statusem studenta uczelni zza oceanu? Wątpliwe. Przenoszenie starych metod nauczania w środowisko sieciowe może napotkać takie problemy, jakie są od jakiegoś czasu udziałem firm z branży mediów (to porównanie wziąłem z bloga Jeffa Jarvisa). On-line’izowanie prasy nie powoduje, że udaje się jej chociażby obronić dawną pozycję, o ekspansji nie wspominając. Czcze nadzieje, że dla młodego inteligenta noszenie pod pachą świeżej Wyborczej będzie symbolem statusu (i dzięki temu media papierowe przetrwają) chyba wszyscy redaktorzy dawno już zarzucili.

Te firmy medialne, które odnoszą jakiekolwiek sukcesy w Sieci nie tylko robią w internecie to, co robiły w świecie analogowym, lecz również redefiniują się, zmieniają, dostosowują. Weźmy Guardiana i jego inicjatywy polegające na tworzeniu aplikacji pozwalających ogarniać duże zbiory danych (przykład: aplikacja pokazująca, jak na Twitterze rozchodziły się plotki podczas zamieszek w Londynie, do których doszło w sierpniu 2011r.). Zamiast maszyny do pisania narzędziem dziennikarza stają się pakiety statystyczne, zamiast telefonów do kilku osób – wykorzystuje się duże zbiory danych, zamiast tekstu – produktem końcowym jest interaktywna aplikacja.

Problemem uniwersytetów, tak jak problemem mediów, nie jest to, że pojawiła się konkurencja. Problem polega na tym, że konkurenci nie podjęli walki na zasadach uniwersytetów, lecz przedefiniowali zasady gry. Po swojemu określili, czym jest wiedza, gdzie się ją gromadzi, jak się ją przekazuje i certyfikuje. Póki co władze polskich uniwersytetów wierzą, że przetrwają dzięki importowaniu studentów z Chin i Indii. Tylko, że wiara w Chińczyka, którzy przyjedzie tu po dyplom, to jak wiara w młodego czytelnika prasy, który z dumą będzie nosił pod pachą Wyborczą czy jakąkolwiek inną papierową gazetę.

Reklamy

7 myśli na temat “Nasze dzieci nie będą magistrami

  1. Uniwersytety to także z założenia przestrzeń autonomii, laboratorium agory, spotkania z drugim człowiekiem. Choć w tej sferze wiele kuleje, a bywa, że nasze uczelnie traktuję te założenia w sposób karykaturalny, także z udziałem studenckiej brani, nie oznacza, że straciły one znaczeniu. Myślę że, paradoksalnie, wraz z procesem o którym mówisz, pojawią się – bazujące na sentymencie i dążeniu do autonomii – próby reanimowanie uniwersytetów, jako też “punktów oporu”.

    1. Andrzeju, mam wrażenie, że my tutaj dokładamy jakieś niewielkie, ale jednak, cegiełki do innej „przestrzeni autonomii, laboratorium agory, spotkania z drugim człowiekiem”. I kiedy tak sobie te cegiełki dokładamy, a miliony ludzi robią to samo, to powstaje w ten sposób mnóstwo punktów oporu przeciw wszystkiemu, co można sobie wyobrazić, rodzą się środowiska, przyjaźnie, wspólnoty. Nigdy Cię nie spotkałem twarzą w twarz, a dostarczyłeś mi więcej materiałów do czytania (które naprawdę przeczytałem i przemyślałem) niż większość profesorów, z którymi miałem zajęcia. Ba, zdarzało nam się o nich dyskutować, reagować na nie, coś na ich podstawie pisać. I to wszystko z nieprzymuszonej woli, bo nam się chciało, bo nas to ciekawi, bo uważamy, że to ważne. Tutaj nie potrzeba dyplomu. Wiadomo, kto na czym się zna, w jakiej sprawie do kogo się zwrócić, kogo kiedy można uznać za znawcę tematu. W ten sposób zmieniamy zasady gry. Ustalamy, co jest wiedzą, co jest źródłem wiedzy, jak się tę wiedzę przekazuje i dyskutuje, jak określa się, kto się na czym zna. Wciąż nie do końca rozumieją to ludzie mediów. Niedługo to będzie główna bolączka ludzi uniwersytetów.

  2. Z pewnością MOOC są bardziej modne niż czytanie książek. Ale i książka pozwala na poznanie jakiegoś przedmiotu, może zawierać zadania do wykonania i klucz odpowiedzi, podobnie jak kurs online. Książki nie doprowadziły do upadku uniwersytetów, więc nie wiem czy MOOC mogą do tego doprowadzić.

    Ale to prowadzi do innego ciekawego pytania, po co nam (społeczeństwu) Uniwersytety? Czy po to by napełniać wiedzą głowy opornych studentów, czy po to by rozpalać ich umysły?
    Ponoć Khan Academy doprowadziło do tego, że uczniowie oglądają materiały do zajęć w domu a w szkole mają czas na dyskusję i pracę z nauczycielem.
    Może kursy online przerodzą się w taką pomoc w prowadzeniu zajęć?
    To nawet byłby ciekawy eksperyment zgłosić przedmiot monograficzny polegający na oglądaniu i dyskutowaniu materiałów z coursera.

    1. Przemku,

      co do pierwszego akapitu: wydaje mi się, że MOOC to jest w pewnym sensie próba ocalenia uniwersytetów. Jeśli nie ilościowo, to pod względem idei. Stąd założenie: róbmy to samo, tylko w internecie. Ale problem polega właśnie na tym, że robienie tego samego w internecie może nie wystarczyć, by uniwersytety ocalić. Bo chodzi nie tylko o medium, ale też o treść i o to, czy przyswajanie tych treści (przez internet czy nie) coś znaczy dla ich odbiorców (czy buduje nie tylko ich wiedzę, ale też ich status społeczny). Jeśli więc MOOC są pierwszym krokiem w kierunku dostosowania uniwersytetów do współczesnego świata, to nie należy postrzegać go jako rozwiązanie ostateczne, ale raczej jako pierwszy krok na drodze wielu kolejnych transformacji.

      Choć jestem zwolennikiem rozpalania umysłów, to obecnie nie jest to chyba naczelna funkcja uniwersytetów. Powiedziałbym raczej, że uniwersytety służą np. zaniżaniu wskaźnika bezrobocia i rozładowywaniu napięć społecznych ;-)

  3. w zacytowanym blogu ciekawy jest dylemat: content vs service – tworzenie treści (informacji, wiedzy) czy dostarczanie usług? To dwa różne (i często sprzeczne) systemy wartości. Z jednej strony postawa twórcza, niepokorna, dociekliwa, z drugiej – w skrajnym przypadku – serwilizm, podległość i zależność. Jednak w dłuższej perspektywie uniwersytety nastawione na „obsługę” studentów przegrywać będą z tymi, które tworzą wiedzę ponieważ ich dyplomy nie będą już miały żadnej wartości.
    MS

    1. No tak, wykształcenie nie jest telefonem komórkowym, jego wartość nie rośnie im więcej osób je posiada. To universitas zawarte w słowie „uniwersytet” okazuje się nie aż tak bardzo inkluzywne :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s