***

Od kilku miesięcy – Warszawa. Do pracy chodzę przez Nowolipki i Mirów. Na słuchawkach towarzyszy mi Zły Leopolda Tyrmanda. Idę tu i teraz, ale to tylko pozory, bo skupiam się na światach, których już nie ma. Słucham więc o Henryku Nowaku, który w latach 50. rozkwaszał nosy warszawskim cwaniaczkom w ciemnych bramach i niebezpiecznych zaułkach. Ale czasem głos Andrzeja Ferencego cichnie, bo dociera do mnie sygnał mocniejszy, jakby z zaświatów. Ta kamienica musiała jeszcze wtedy istnieć. Tu przebiegał mur. Tam kolejna tablica upamiętniająca… Wieczorami siedzę i oglądam mapy. Koncentruję uwagę na ulicach, których już nie ma. I na tych, których wtedy nie było.

Koleżanki i koledzy z pracy zazdroszczą mi, że chodzę do Spire na pieszo. Ale nie wiedzą, że dla mnie te spacery, to uważne i uwierające przedzieranie się przez spiętrzone i gęste warstwy nieistnienia. Kiedy wprowadzałem się na Nowolipki, nie wiedziałem jeszcze, że ta ulica była częścią getta warszawskiego. Ale teraz mieszkam tu, na gruzach zburzonego świata, w budynku powstałym z rozbiórkowej cegły przywiezionej z Wrocławia.

***

Latem 2004 roku poszedłem do miasta kupić sobie buty. Ta niepozorna wyprawa miała zupełnie niespodziewane, dalece nieobuwnicze skutki. Jedną z nich była myśl, aby nauczyć się języka węgierskiego. Ale po kolei. Po drodze wszedłem do księgarni. W moje dłonie wpadł Dziennik Sándora Máraia. Przeczytałem kilka zdań i szybko zapomniałem o butach. To polskie wydanie z 2004 roku było tylko małym wycinkiem wielkiej, ponad pięćdziesięcioletniej, diarystycznej spuścizny. Gdy przeczytałem, co dało się przeczytać po polsku, ruszyłem na poszukiwania anglojęzycznych wydań. Znalazłem ochłapy. A tymczasem wielotomowe wydanie węgierskie było dla mnie niedostępne. Stąd myśl, aby nauczyć się języka. Na szczęście zabrakło mi zapału. Czekałem więc przez te wszystkie lata, monitorując wydawane polsko- i anglojęzyczne książki Máraia. Aż nadszedł ten dzień! W Czytelniku ukazał się właśnie pierwszy tom poszerzonego wydania, obejmujący wybór notatek z lat 1943-48, w tłumaczeniu Teresy Worowskiej, która wspaniale przetłumaczyła też polskie wydanie z 2004 roku. To będzie dobre lato.

***

Kobieta przyjeżdża w odwiedziny do pewnej rodziny. Zostaje tam na kilka dni. Szybko zauważa, że w domu panuje kult jedynego syna. To wyłączny temat, jaki porusza matka. Wciąż opowiada o wschodzącej gwieździe kina. Oprowadza przybyszkę po domu, pokazuje wiszące na ścianach zdjęcia i nagrody z festiwali filmowych. Przystojny, wysoki chłopak stoi na czerwonym dywanie, ściska się z ludźmi na bankietach, wychodzi z drogich samochodów, przyciska do siebie wianuszek zachwyconych kobiet.

W opowieści matki wszystko jest hermetyczne, hermetyczna jest także ona sama. Nosi szczelne kombinezony odsłaniające tylko szyję, twarz i dłonie. Nie da się przyłapać jej bez makijażu. Przybyszka zadaje czasem pytania, ale matka wszystkie je ignoruje. Snuje niewzruszenie swoją historię. Natychmiast ucisza też ojca, gdy tylko ten próbuje się odezwać. Ojciec jest prawie niezauważalny. Czasem mignie gdzieś jego sylwetka.

Po kilku dniach kobieta nabiera podejrzeń. Zna tylko wersję matki. Wszystkie nagrody pochodzą sprzed kilku lat. Dlaczego ta historia nagle się urywa? I kiedy w końcu przybyszka pozna syna? W poszukiwaniu odpowiedzi kobieta zakrada się w nocy do gabinetu ojca. Przeszukuje jego biurko i w końcu znajduje plik starych gazet. Przegląda je w świetle księżyca.

Wszystkie dotyczą syna i opowiadają mroczną historię obiecującego aktora pożeranego przez nałogi: alkohol, narkotyki, przypadkowe kobiety. Ostatni wycinek dotyczy jego śmierci. Zginął prowadząc samochód. Zabił kilka innych osób. Był już wtedy na dnie: bez pracy, z długami, niezdolny do samodzielnego życia.

W momencie, gdy kobieta zaczęła odkładać gazetę, w ułamku sekundy zza arkusza wyłoniła się matka. Była naga i bez makijażu. Miała podkrążone oczy, w których wreszcie objawiła się pełnia jej szaleństwa. Ciało miała pokryte czerwonymi bliznami po samookaleczeniach. Rzuciła się z nożem na kobietę i błyskawicznie zadała cios. W tej trwającej wieczność chwili, umierając, nasza bohaterka zobaczyła jeszcze w drzwiach stojącą nieruchomo postać ojca.

I teraz pytanie: czy mój sen splagiatował jakiś film/książkę, czy też sam z siebie wyprodukował całą tę historię?

***

Niesamowici bracia Goldberg irytowali mnie w trakcie lektury. Jakim cudem mam niby odróżnić, co jest prawdą, a co fałszem w opowieściach stalinowskiego kata, Józefa Różańskiego? Ale – po namyśle – stwierdzam, że nie jest to bag, tylko ficzer. Wojtek Biedroń nie fałszuje opowieści próbując stworzyć wrażenie spójności między faktami a wspomnieniami starego dziada. Daje jednak wystarczająco dużo wskazówek, żeby nie ufać każdemu słowu człowieka, który ma setki istnień na sumieniu. Bo Różański przecież też musiał to sobie jakoś poukładać, jakoś tak zapamiętać, żeby dało się to opowiedzieć komuś o dziesięciolecia młodszemu, kto nigdy nie wykonywał egzekucji na człowieku rozbijając mu głowę młotem.

Biedroń, Wojtek. 2015. Niesamowici bracia Goldberg, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B.

Gdzie się podział protestancki establishment?

David Rockefeller, najstarszy żyjący członek rodu i ostatni żyjący wnuk Johna D. Rockefellera, obchodził w ubiegłym roku setne urodziny. Można powiedzieć, że pospieszył się z publikacją wspomnień, bo wydał je już w 2002 roku. W recenzji z New York Timesa pojawia się wątek zaniknięcia w latach 60. XX wieku protestanckiego establishmentu, który przez 200 lat budował potęgę Stanów Zjednoczonych:

For 200 years a certain sort of people with a certain culture occupied the commanding heights of American society. Then suddenly sometime around the 1960’s . . . poof! . . . they were gone. Within a historical instant most of the power networks, codes of conduct and institutions the Protestant Establishment had built were eliminated or transformed beyond recognition. And the amazing thing is that its members didn’t even put up a fight (NYTimes, p. 2).

Ze wspomnień Davida Rockefellera wynika, że to kwestia rewolucji obyczajowej lat 60. Establishment nie walczył, bo członkowie elit, łącznie z młodszymi Rockefellerami poddali się nowym trendom, co jednocześnie oznaczało poważny cios w klasę społeczną, do której należeli. W zasadzie popełnili klasowe samobójstwo. Czy kolorowe lata 60. tłumaczą cały ten rozpad protestanckiego etosu? Nie jestem przekonany.

Ćwiczenia z praw człowieka

W sunnickiej Arabii Saudyjskiej (zasiadającej w Radzie Praw Człowieka ONZ), wykonano egzekucję na 47 skazańcach, wśród których znalazł się szyicki duchowny. Spowodowało to oburzenie w szyickim Iranie, w którym tylko w pierwszej połowie 2015 roku wykonano 570 wyroków śmierci przez powieszenie (wśród powieszonych było sześciu sunnitów). Po splądrowaniu ambasady Arabii Saudyjskiej w Iranie, rządzący krajem Saudowie zerwali stosunki dyplomatyczne z Iranem. O powrót do rozmów zaapelowały Stany Zjednoczone Ameryki. Ot, głos rozsądku zza oceanu. W końcu w USA wykonano w 2015 roku tylko 28 wyroków śmierci (pomijając 1200 osób zabitych w tym czasie przez amerykańskich „stróżów prawa”).

Umysł prostaka

– Coś mnie ominęło? Dlaczego nagle wszyscy wieszają psy na Angeli Merkel?
– Nic cię nie ominęło, ty po prostu nie rozumiesz umysłu prostaka. W jaki sposób idiota może sobie wytłumaczyć tak złożoną sprawę, jak wojna w Syrii i wszystkie jej konsekwencje? Tylko banalizując przy pomocy jakiegoś znanego wzorca. Czy może być prostsze i bardziej przekonywujące wyjaśnienie, niż to, że to wszystko wina Niemca?