Katania

Katania. W sklepach wciąż sprzedają tu dyskietki. Przed dworcem Catania Centrale biegają wychudłe bezpańskie psy. Na ulicach w środku miasta handlują, jak w Polsce po upadku komunizmu: Włosi sprzedają owoce, warzywa i stare graty, a imigranci podróbki firmowych butów i pirackie płytki z oprogramowaniem, filmami i muzyką. Na Via Archimede, jednej z najbardziej obskurnych ulic w mieście, swoje sklepy ulokowali Azjaci. Sprzedają tu wszystko, co za grosze można kupić na Alibabie. Przechodząc wieczorem, liczę sklepy: trzydzieści czynnych. Wszystkie identyczne. Domyślam się, co było tu wcześniej, bo po drodze mijam też jeden warsztat samochodowy i pełen narzędzi składzik, w którym dogorywają ostatni, starusieńcy włoscy majstrowie.

*

Urlop w Katanii nauczył mnie jednego. Nigdy nie zostawaj 7 nocy w miejscu, w którym jedną z głównych atrakcji jest targ rybny.

*

W piekarni przy Piazza Carlo Alberto proszę o pokrojenie chleba. Ekspedientka kładzie chleb na ladzie, chwyta nieduży nożyk i kroi powoli – pajda po pajdzie. Po kilku kawałkach przytomnieję ze zdziwienia i mówię basta. Dziewczyna z tym samym uroczym spokojem, z jakim kroiła, chowa chleb do papierowej torby. Nie dała po sobie poznać, że uważa mnie i moją prośbę za zapowiedź skrajnej dekadencji, która powoli przesącza się z Północy na Sycylię.

***

Od kilku miesięcy – Warszawa. Do pracy chodzę przez Nowolipki i Mirów. Na słuchawkach towarzyszy mi Zły Leopolda Tyrmanda. Idę tu i teraz, ale to tylko pozory, bo skupiam się na światach, których już nie ma. Słucham więc o Henryku Nowaku, który w latach 50. rozkwaszał nosy warszawskim cwaniaczkom w ciemnych bramach i niebezpiecznych zaułkach. Ale czasem głos Andrzeja Ferencego cichnie, bo dociera do mnie sygnał mocniejszy, jakby z zaświatów. Ta kamienica musiała jeszcze wtedy istnieć. Tu przebiegał mur. Tam kolejna tablica upamiętniająca… Wieczorami siedzę i oglądam mapy. Koncentruję uwagę na ulicach, których już nie ma. I na tych, których wtedy nie było.

Koleżanki i koledzy z pracy zazdroszczą mi, że chodzę do Spire na pieszo. Ale nie wiedzą, że dla mnie te spacery, to uważne i uwierające przedzieranie się przez spiętrzone i gęste warstwy nieistnienia. Kiedy wprowadzałem się na Nowolipki, nie wiedziałem jeszcze, że ta ulica była częścią getta warszawskiego. Ale teraz mieszkam tu, na gruzach zburzonego świata, w budynku powstałym z rozbiórkowej cegły przywiezionej z Wrocławia.

***

Latem 2004 roku poszedłem do miasta kupić sobie buty. Ta niepozorna wyprawa miała zupełnie niespodziewane, dalece nieobuwnicze skutki. Jedną z nich była myśl, aby nauczyć się języka węgierskiego. Ale po kolei. Po drodze wszedłem do księgarni. W moje dłonie wpadł Dziennik Sándora Máraia. Przeczytałem kilka zdań i szybko zapomniałem o butach. To polskie wydanie z 2004 roku było tylko małym wycinkiem wielkiej, ponad pięćdziesięcioletniej, diarystycznej spuścizny. Gdy przeczytałem, co dało się przeczytać po polsku, ruszyłem na poszukiwania anglojęzycznych wydań. Znalazłem ochłapy. A tymczasem wielotomowe wydanie węgierskie było dla mnie niedostępne. Stąd myśl, aby nauczyć się języka. Na szczęście zabrakło mi zapału. Czekałem więc przez te wszystkie lata, monitorując wydawane polsko- i anglojęzyczne książki Máraia. Aż nadszedł ten dzień! W Czytelniku ukazał się właśnie pierwszy tom poszerzonego wydania, obejmujący wybór notatek z lat 1943-48, w tłumaczeniu Teresy Worowskiej, która wspaniale przetłumaczyła też polskie wydanie z 2004 roku. To będzie dobre lato.

***

Niesamowici bracia Goldberg irytowali mnie w trakcie lektury. Jakim cudem mam niby odróżnić, co jest prawdą, a co fałszem w opowieściach stalinowskiego kata, Józefa Różańskiego? Ale – po namyśle – stwierdzam, że nie jest to bag, tylko ficzer. Wojtek Biedroń nie fałszuje opowieści próbując stworzyć wrażenie spójności między faktami a wspomnieniami starego dziada. Daje jednak wystarczająco dużo wskazówek, żeby nie ufać każdemu słowu człowieka, który ma setki istnień na sumieniu. Bo Różański przecież też musiał to sobie jakoś poukładać, jakoś tak zapamiętać, żeby dało się to opowiedzieć komuś o dziesięciolecia młodszemu, kto nigdy nie wykonywał egzekucji na człowieku rozbijając mu głowę młotem.

Biedroń, Wojtek. 2015. Niesamowici bracia Goldberg, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B.

Gdzie się podział protestancki establishment?

David Rockefeller, najstarszy żyjący członek rodu i ostatni żyjący wnuk Johna D. Rockefellera, obchodził w ubiegłym roku setne urodziny. Można powiedzieć, że pospieszył się z publikacją wspomnień, bo wydał je już w 2002 roku. W recenzji z New York Timesa pojawia się wątek zaniknięcia w latach 60. XX wieku protestanckiego establishmentu, który przez 200 lat budował potęgę Stanów Zjednoczonych:

For 200 years a certain sort of people with a certain culture occupied the commanding heights of American society. Then suddenly sometime around the 1960’s . . . poof! . . . they were gone. Within a historical instant most of the power networks, codes of conduct and institutions the Protestant Establishment had built were eliminated or transformed beyond recognition. And the amazing thing is that its members didn’t even put up a fight (NYTimes, p. 2).

Ze wspomnień Davida Rockefellera wynika, że to kwestia rewolucji obyczajowej lat 60. Establishment nie walczył, bo członkowie elit, łącznie z młodszymi Rockefellerami poddali się nowym trendom, co jednocześnie oznaczało poważny cios w klasę społeczną, do której należeli. W zasadzie popełnili klasowe samobójstwo. Czy kolorowe lata 60. tłumaczą cały ten rozpad protestanckiego etosu? Nie jestem przekonany.