Katania

Katania. W sklepach wciąż sprzedają tu dyskietki. Przed dworcem Catania Centrale biegają wychudłe bezpańskie psy. Na ulicach w środku miasta handlują, jak w Polsce po upadku komunizmu: Włosi sprzedają owoce, warzywa i stare graty, a imigranci podróbki firmowych butów i pirackie płytki z oprogramowaniem, filmami i muzyką. Na Via Archimede, jednej z najbardziej obskurnych ulic w mieście, swoje sklepy ulokowali Azjaci. Sprzedają tu wszystko, co za grosze można kupić na Alibabie. Przechodząc wieczorem, liczę sklepy: trzydzieści czynnych. Wszystkie identyczne. Domyślam się, co było tu wcześniej, bo po drodze mijam też jeden warsztat samochodowy i pełen narzędzi składzik, w którym dogorywają ostatni, starusieńcy włoscy majstrowie.

*

Urlop w Katanii nauczył mnie jednego. Nigdy nie zostawaj 7 nocy w miejscu, w którym jedną z głównych atrakcji jest targ rybny.

*

W piekarni przy Piazza Carlo Alberto proszę o pokrojenie chleba. Ekspedientka kładzie chleb na ladzie, chwyta nieduży nożyk i kroi powoli – pajda po pajdzie. Po kilku kawałkach przytomnieję ze zdziwienia i mówię basta. Dziewczyna z tym samym uroczym spokojem, z jakim kroiła, chowa chleb do papierowej torby. Nie dała po sobie poznać, że uważa mnie i moją prośbę za zapowiedź skrajnej dekadencji, która powoli przesącza się z Północy na Sycylię.

***

Zaczęło się pewnie od przygód Pana Samochodzika i Kapitana Nemo. Dziś patrzę sceptycznie na tę fascynację samotnymi facetami poruszającymi się dziwnymi pojazdami na- i pod-wodnymi, ale wtedy liczyła się tylko tajemnica i niebezpieczeństwo. Później były powieści detektywistyczne: Sherlock Holmes, Hercule Poirot i inni. Po opanowaniu wszystkiego, co detektyw wiedzieć powinien, byłem jednak zrozpaczony, bo w mojej okolicy nie dochodziło do żadnych tajemniczych morderstw ani zuchwałych kradzieży, nie miałem więc co robić. Szukałem dalej: John Grisham, Erich Segal, Stephen King. Przeczytałem dziesiątki tych książek i doszedłem do wniosku, że one donikąd nie prowadzą. Przed każdą z nich i po każdej z nich byłem tym samym człowiekiem. Czytałem też w tamtych czasach tak szmirowate rzeczy jak ero-horrory Grahama Mastertona. To już nie była stagnacja, tylko raczej – równia pochyła. Czułem jednak podskórnie, że literatura musi być czymś więcej.

Pewnego dnia, będąc już w liceum, ściągnąłem z półki Heban Ryszarda Kapuścińskiego i tak zaczęła się długa przygoda z reportażem, literaturą podróżniczą, eseistyką, wspomnieniami, książkami biograficznymi i popularnonaukowymi. W efekcie stałem się człowiekiem literatury faktu. Te literackie ścieżki znam najlepiej. Powieści, owszem, czytuję, ale mało systematycznie, bez wielkiego planu.

Nie wspomniałem jeszcze o diarystyce. Sam wcześnie zacząłem prowadzić dziennik. Treść pierwszego, nazwanego przeze mnie szumnie Dziennikiem pokładowym jest źródłem niekończących się szyderstw pod moim adresem ze strony P. Gdy tylko wyłoni się on z szafy lub kartonu przy porządkach albo przeprowadzkach – mamy niezły ubaw. Pewnego razu, chyba świeżo po skończeniu liceum, wpadł mi w ręce Dziennik pisany nocą Herlinga-Grudzińskiego. Podobał mi się ten tytuł. Wyobrażałem sobie wtedy z całą ostrością, z jaką w przyszłość spogląda świeżo upieczony maturzysta, że w dzień mógłbym wieść JAKIEŚ życie, a w nocy siadałbym w fotelu, otaczał się papierosową mgłą i aurą mocnego trunku, i wyciągał esencję z tego, co przeżyłem. Po przeczytaniu kilkunastu stron z dziennika Herlinga-Grudzińskiego wiedziałem już, że lepiej będzie skupić się na czytaniu. Dziennik pisany nocą stanowił dla mnie wrota do środowiska paryskiej Kultury.

Jeśli czyta się listy, dzienniki, eseje – każda książka jest pełna odniesień do innych literackich tropów. Wychodząc od Kapuścińskiego i Herlinga-Grudzińskiego mógłbym rozrysować olbrzymi graf zależności (kto kogo czytał) między większością autorów, z którymi spędziłem najwięcej czasu. Robiłem nawet takie grafy w moich dawnych zeszytach lektur. Liczba potencjalnych, czekających na zbadanie odnóg tego grafu jest tak wielka, że jestem spokojny. Nigdy nie będę sam, nigdy nie będę się nudził.

Od podstawówki czytałem też sporo książek technicznych, zwłaszcza dotyczących programowania. Z kolei w ciągu ostatnich dwóch lat odkrywałem piękno w prostocie matematyki. Po pracy zaglądałem do algebry liniowej, rachunku różniczkowego i całkowego, czy teorii prawdopodobieństwa. Literatura przez wielkie „L” zeszła na dalszy plan, choć ostatnio powrót w tym kierunku napędzają eksploracje warszawskie.

Kilka miesięcy temu gdzieś na blogu ktoś spytał, według jakiego klucza dobieram lektury. Odpowiedziałbym tak: poszukiwania trwały długo, lądowałem nawet na manowcach ero-horrorów, ale ostatecznie znalazłem swoje tropy. Aby pójść moim śladem wystarczy zajrzeć do Herlinga-Grudzińskiego albo Ryszarda Kapuścińskiego (w tym celu głównie Lapidaria) i iść przed siebie. Odciski moich stóp będą na co drugim zakręcie.

***

Od kilku miesięcy – Warszawa. Do pracy chodzę przez Nowolipki i Mirów. Na słuchawkach towarzyszy mi Zły Leopolda Tyrmanda. Idę tu i teraz, ale to tylko pozory, bo skupiam się na światach, których już nie ma. Słucham więc o Henryku Nowaku, który w latach 50. rozkwaszał nosy warszawskim cwaniaczkom w ciemnych bramach i niebezpiecznych zaułkach. Ale czasem głos Andrzeja Ferencego cichnie, bo dociera do mnie sygnał mocniejszy, jakby z zaświatów. Ta kamienica musiała jeszcze wtedy istnieć. Tu przebiegał mur. Tam kolejna tablica upamiętniająca… Wieczorami siedzę i oglądam mapy. Koncentruję uwagę na ulicach, których już nie ma. I na tych, których wtedy nie było.

Koleżanki i koledzy z pracy zazdroszczą mi, że chodzę do Spire na pieszo. Ale nie wiedzą, że dla mnie te spacery, to uważne i uwierające przedzieranie się przez spiętrzone i gęste warstwy nieistnienia. Kiedy wprowadzałem się na Nowolipki, nie wiedziałem jeszcze, że ta ulica była częścią getta warszawskiego. Ale teraz mieszkam tu, na gruzach zburzonego świata, w budynku powstałym z rozbiórkowej cegły przywiezionej z Wrocławia.

***

Latem 2004 roku poszedłem do miasta kupić sobie buty. Ta niepozorna wyprawa miała zupełnie niespodziewane, dalece nieobuwnicze skutki. Jedną z nich była myśl, aby nauczyć się języka węgierskiego. Ale po kolei. Po drodze wszedłem do księgarni. W moje dłonie wpadł Dziennik Sándora Máraia. Przeczytałem kilka zdań i szybko zapomniałem o butach. To polskie wydanie z 2004 roku było tylko małym wycinkiem wielkiej, ponad pięćdziesięcioletniej, diarystycznej spuścizny. Gdy przeczytałem, co dało się przeczytać po polsku, ruszyłem na poszukiwania anglojęzycznych wydań. Znalazłem ochłapy. A tymczasem wielotomowe wydanie węgierskie było dla mnie niedostępne. Stąd myśl, aby nauczyć się języka. Na szczęście zabrakło mi zapału. Czekałem więc przez te wszystkie lata, monitorując wydawane polsko- i anglojęzyczne książki Máraia. Aż nadszedł ten dzień! W Czytelniku ukazał się właśnie pierwszy tom poszerzonego wydania, obejmujący wybór notatek z lat 1943-48, w tłumaczeniu Teresy Worowskiej, która wspaniale przetłumaczyła też polskie wydanie z 2004 roku. To będzie dobre lato.

***

Kobieta przyjeżdża w odwiedziny do pewnej rodziny. Zostaje tam na kilka dni. Szybko zauważa, że w domu panuje kult jedynego syna. To wyłączny temat, jaki porusza matka. Wciąż opowiada o wschodzącej gwieździe kina. Oprowadza przybyszkę po domu, pokazuje wiszące na ścianach zdjęcia i nagrody z festiwali filmowych. Przystojny, wysoki chłopak stoi na czerwonym dywanie, ściska się z ludźmi na bankietach, wychodzi z drogich samochodów, przyciska do siebie wianuszek zachwyconych kobiet.

W opowieści matki wszystko jest hermetyczne, hermetyczna jest także ona sama. Nosi szczelne kombinezony odsłaniające tylko szyję, twarz i dłonie. Nie da się przyłapać jej bez makijażu. Przybyszka zadaje czasem pytania, ale matka wszystkie je ignoruje. Snuje niewzruszenie swoją historię. Natychmiast ucisza też ojca, gdy tylko ten próbuje się odezwać. Ojciec jest prawie niezauważalny. Czasem mignie gdzieś jego sylwetka.

Po kilku dniach kobieta nabiera podejrzeń. Zna tylko wersję matki. Wszystkie nagrody pochodzą sprzed kilku lat. Dlaczego ta historia nagle się urywa? I kiedy w końcu przybyszka pozna syna? W poszukiwaniu odpowiedzi kobieta zakrada się w nocy do gabinetu ojca. Przeszukuje jego biurko i w końcu znajduje plik starych gazet. Przegląda je w świetle księżyca.

Wszystkie dotyczą syna i opowiadają mroczną historię obiecującego aktora pożeranego przez nałogi: alkohol, narkotyki, przypadkowe kobiety. Ostatni wycinek dotyczy jego śmierci. Zginął prowadząc samochód. Zabił kilka innych osób. Był już wtedy na dnie: bez pracy, z długami, niezdolny do samodzielnego życia.

W momencie, gdy kobieta zaczęła odkładać gazetę, w ułamku sekundy zza arkusza wyłoniła się matka. Była naga i bez makijażu. Miała podkrążone oczy, w których wreszcie objawiła się pełnia jej szaleństwa. Ciało miała pokryte czerwonymi bliznami po samookaleczeniach. Rzuciła się z nożem na kobietę i błyskawicznie zadała cios. W tej trwającej wieczność chwili, umierając, nasza bohaterka zobaczyła jeszcze w drzwiach stojącą nieruchomo postać ojca.

I teraz pytanie: czy mój sen splagiatował jakiś film/książkę, czy też sam z siebie wyprodukował całą tę historię?

***

Niesamowici bracia Goldberg irytowali mnie w trakcie lektury. Jakim cudem mam niby odróżnić, co jest prawdą, a co fałszem w opowieściach stalinowskiego kata, Józefa Różańskiego? Ale – po namyśle – stwierdzam, że nie jest to bag, tylko ficzer. Wojtek Biedroń nie fałszuje opowieści próbując stworzyć wrażenie spójności między faktami a wspomnieniami starego dziada. Daje jednak wystarczająco dużo wskazówek, żeby nie ufać każdemu słowu człowieka, który ma setki istnień na sumieniu. Bo Różański przecież też musiał to sobie jakoś poukładać, jakoś tak zapamiętać, żeby dało się to opowiedzieć komuś o dziesięciolecia młodszemu, kto nigdy nie wykonywał egzekucji na człowieku rozbijając mu głowę młotem.

Biedroń, Wojtek. 2015. Niesamowici bracia Goldberg, Warszawa: Wydawnictwo W.A.B.

Gdzie się podział protestancki establishment?

David Rockefeller, najstarszy żyjący członek rodu i ostatni żyjący wnuk Johna D. Rockefellera, obchodził w ubiegłym roku setne urodziny. Można powiedzieć, że pospieszył się z publikacją wspomnień, bo wydał je już w 2002 roku. W recenzji z New York Timesa pojawia się wątek zaniknięcia w latach 60. XX wieku protestanckiego establishmentu, który przez 200 lat budował potęgę Stanów Zjednoczonych:

For 200 years a certain sort of people with a certain culture occupied the commanding heights of American society. Then suddenly sometime around the 1960’s . . . poof! . . . they were gone. Within a historical instant most of the power networks, codes of conduct and institutions the Protestant Establishment had built were eliminated or transformed beyond recognition. And the amazing thing is that its members didn’t even put up a fight (NYTimes, p. 2).

Ze wspomnień Davida Rockefellera wynika, że to kwestia rewolucji obyczajowej lat 60. Establishment nie walczył, bo członkowie elit, łącznie z młodszymi Rockefellerami poddali się nowym trendom, co jednocześnie oznaczało poważny cios w klasę społeczną, do której należeli. W zasadzie popełnili klasowe samobójstwo. Czy kolorowe lata 60. tłumaczą cały ten rozpad protestanckiego etosu? Nie jestem przekonany.