Requiem dla klasy średniej

Niedawno czołowi badacze sztucznej inteligencji spotkali się na prywatnej konferencji i dyskutowali o przyszłości ludzkości (nagrania dostępne tu). Poniżej kilka fragmentów z artykułu na ten temat w Wired.com:

At a time when the Trump administration is promising to make America great again by restoring old-school manufacturing jobs, AI researchers aren’t taking him too seriously. They know that these jobs are never coming back […]

In the US, the number of manufacturing jobs peaked in 1979 and has steadily decreased ever since. At the same time, manufacturing has steadily increased, with the US now producing more goods than any other country but China. […]

McAfee pointed to newly collected data that shows a sharp decline in middle class job creation since the 1980s. Now, most new jobs are either at the very low end of the pay scale or the very high end. (źródło: Wired.com)

Czasem, w kontekście sztucznej inteligencji, rozważa się scenariusz buntu maszyn przeciwko ludzkim ciemiężycielom. Bardziej prawdopodobny jest jednak bunt porzuconej, wymierającej powoli klasy średniej.

Żegnajcie maklerzy

Zawodowo zajmuję się tworzeniem oprogramowania automatyzującego czynności, które do tej pory wykonywał człowiek. Praca jest fascynująca, ale budzi też poczucie niepewności: jak będzie wyglądał świat, jeśli algorytmy sztucznej inteligencji będą rozwijane w obecnym tempie? Ostatnio przyszłość uchyliła rąbka tajemnicy przed maklerami giełdowymi:

At its height back in 2000, the U.S. cash equities trading desk at Goldman Sachs’s New York headquarters employed 600 traders, buying and selling stock on the orders of the investment bank’s large clients. Today there are just two equity traders left. (źródło: MIT Technology Review)

Nie sądzę, żeby ktoś jakoś szczególnie żałował akurat tej grupy zawodowej. Jest to jednak pewna wskazówka: wydaje ci się, że twój zawód jest nietykalny, odporny na postęp technologiczny? Dziesięć lat temu maklerzy z Goldmana też tak pewnie myśleli, gdy odbierali swoje milionowe bonusy. Dziś w GS bawią się w inkubator start-up’owy:

Those 600 traders, there is a lot of space where they used to sit. (źródło: MIT Technology Review)

Trzeci rozdział

Cząstki elementarne Michela Houellebecqa. Czterdziestoletnia Annabelle wypowiada houellebecqowski refren: …gdy miałam siedemnaście lat, nie przypuszczałam, że życie jest tak ograniczone, że możliwości jest tak niewiele (s. 344). Annabelle próbuje chwycić się jednej z ostatnich desek ratunku. Dożyła do trzysta czterdziestej czwartej strony opowieści, ale nie wie jeszcze, co zamierza zrobić z nią autor. Czytelnik może się już domyślać. Podczas lektury zaznał wystarczająco dużo pornografii i klęsk. Wie już, że u Houellebecqa za każdą sekundą sukcesu, rozkoszy i satysfakcji kryje się nicość, rozpad i śmierć. Nikt tu nikogo nie będzie głaskał po głowie.

Rok temu, w autobusie linii 131, jadąc ze Stępińskiej w kierunku Metra Politechnika, czytałem trzeci rozdział Poszerzenia pola walki. Pięć stron tekstu, ale zawiera się w nich cały Houellebecq. Na tym tle Cząstki elementarne to już tylko aneks. Ściągam Poszerzenie… z regału i czytam fragment bliźniaczy do słów Annabelle z Cząstek elementarnych (bliźniaczy, ale pełniejszy, lepszy, pierwotny):

Mieliście jakieś życie. Były takie chwile, kiedy mieliście jakieś życie. Z pewnością nie pamiętacie tego bardzo dobrze, ale fotografie to potwierdzają. Prawdopodobnie w czasie waszego dorastania albo trochę później. Ależ wasz apetyt, żeby żyć, był wówczas ogromny! Egzystencja wydawała się obfitować w niewypowiedziane możliwości (s. 15).

Na końcu rozdziału Houellebecq zdradza swoje idée fixe:

Relacje międzyludzkie stopniowo stają się niemożliwe, co zresztą redukuje liczbę historii, z których składa się życie. W ten sposób oblicze śmierci ukazuje się powoli w całym swoim blasku. Trzecie tysiąclecie świetnie się zapowiada (s. 18).

Trzeci rozdział. Trzeba przeczytać trzeci rozdział Poszerzenia pola walki.

Amerykański faszyzm

Z ciekawego eseju o literackich i filmowych wizjach amerykańskiego faszyzmu, fragment o książce Sinclaira Lewisa It can’t happen here z 1935 r.:

…in America, fascism’s most dangerous supporters would be those “who disowned the word ‘fascism’ and preached enslavement to capitalism under the style of constitutional and traditional native American liberty”. American fascism will necessarily be shaped by capitalism – or, as Lewis memorably puts it, “government of the profits, by the profits, for the profits”.

 

Elementarz XXI wieku

Widziałem w kinie reklamę, w której młody chłopiec przegląda Elementarz XXI wieku. Zacząłem się zastanawiać, jakie hasła umieściłbym w takim przewodniku po współczesności dla najmłodszych. Oto kilka pomysłów.

Emigracja. Umowa zlecenie. Smog. Nepotyzm. ASAP. Kredyt walutowy. Selfie. Rak. Nierówności dochodowe. Stalking. Czyściciele kamienic. Kredyt subprime. Zmiana klimatu. Mechanizm inwestor-przeciwko-państwu. Chwilówka. Populizm. Wojna hybrydowa. Prekariat. Dopalacze. ISIS. Sól drogowa. Uchodźcy. Bańka edukacyjna. Twerking.

Niech się młodzież uczy.

Katania

Katania. W sklepach wciąż sprzedają tu dyskietki. Przed dworcem Catania Centrale biegają wychudłe bezpańskie psy. Na ulicach w środku miasta handlują, jak w Polsce po upadku komunizmu: Włosi sprzedają owoce, warzywa i stare graty, a imigranci podróbki firmowych butów i pirackie płytki z oprogramowaniem, filmami i muzyką. Na Via Archimede, jednej z najbardziej obskurnych ulic w mieście, swoje sklepy ulokowali Azjaci. Sprzedają tu wszystko, co za grosze można kupić na Alibabie. Przechodząc wieczorem, liczę sklepy: trzydzieści czynnych. Wszystkie identyczne. Domyślam się, co było tu wcześniej, bo po drodze mijam też jeden warsztat samochodowy i pełen narzędzi składzik, w którym dogorywają ostatni, starusieńcy włoscy majstrowie.

*

Urlop w Katanii nauczył mnie jednego. Nigdy nie zostawaj 7 nocy w miejscu, w którym jedną z głównych atrakcji jest targ rybny.

*

W piekarni przy Piazza Carlo Alberto proszę o pokrojenie chleba. Ekspedientka kładzie chleb na ladzie, chwyta nieduży nożyk i kroi powoli – pajda po pajdzie. Po kilku kawałkach przytomnieję ze zdziwienia i mówię basta. Dziewczyna z tym samym uroczym spokojem, z jakim kroiła, chowa chleb do papierowej torby. Nie dała po sobie poznać, że uważa mnie i moją prośbę za zapowiedź skrajnej dekadencji, która powoli przesącza się z Północy na Sycylię.

***

Zaczęło się pewnie od przygód Pana Samochodzika i Kapitana Nemo. Dziś patrzę sceptycznie na tę fascynację samotnymi facetami poruszającymi się dziwnymi pojazdami na- i pod-wodnymi, ale wtedy liczyła się tylko tajemnica i niebezpieczeństwo. Później były powieści detektywistyczne: Sherlock Holmes, Hercule Poirot i inni. Po opanowaniu wszystkiego, co detektyw wiedzieć powinien, byłem jednak zrozpaczony, bo w mojej okolicy nie dochodziło do żadnych tajemniczych morderstw ani zuchwałych kradzieży, nie miałem więc co robić. Szukałem dalej: John Grisham, Erich Segal, Stephen King. Przeczytałem dziesiątki tych książek i doszedłem do wniosku, że one donikąd nie prowadzą. Przed każdą z nich i po każdej z nich byłem tym samym człowiekiem. Czytałem też w tamtych czasach tak szmirowate rzeczy jak ero-horrory Grahama Mastertona. To już nie była stagnacja, tylko raczej – równia pochyła. Czułem jednak podskórnie, że literatura musi być czymś więcej.

Pewnego dnia, będąc już w liceum, ściągnąłem z półki Heban Ryszarda Kapuścińskiego i tak zaczęła się długa przygoda z reportażem, literaturą podróżniczą, eseistyką, wspomnieniami, książkami biograficznymi i popularnonaukowymi. W efekcie stałem się człowiekiem literatury faktu. Te literackie ścieżki znam najlepiej. Powieści, owszem, czytuję, ale mało systematycznie, bez wielkiego planu.

Nie wspomniałem jeszcze o diarystyce. Sam wcześnie zacząłem prowadzić dziennik. Treść pierwszego, nazwanego przeze mnie szumnie Dziennikiem pokładowym jest źródłem niekończących się szyderstw pod moim adresem ze strony P. Gdy tylko wyłoni się on z szafy lub kartonu przy porządkach albo przeprowadzkach – mamy niezły ubaw. Pewnego razu, chyba świeżo po skończeniu liceum, wpadł mi w ręce Dziennik pisany nocą Herlinga-Grudzińskiego. Podobał mi się ten tytuł. Wyobrażałem sobie wtedy z całą ostrością, z jaką w przyszłość spogląda świeżo upieczony maturzysta, że w dzień mógłbym wieść JAKIEŚ życie, a w nocy siadałbym w fotelu, otaczał się papierosową mgłą i aurą mocnego trunku, i wyciągał esencję z tego, co przeżyłem. Po przeczytaniu kilkunastu stron z dziennika Herlinga-Grudzińskiego wiedziałem już, że lepiej będzie skupić się na czytaniu. Dziennik pisany nocą stanowił dla mnie wrota do środowiska paryskiej Kultury.

Jeśli czyta się listy, dzienniki, eseje – każda książka jest pełna odniesień do innych literackich tropów. Wychodząc od Kapuścińskiego i Herlinga-Grudzińskiego mógłbym rozrysować olbrzymi graf zależności (kto kogo czytał) między większością autorów, z którymi spędziłem najwięcej czasu. Robiłem nawet takie grafy w moich dawnych zeszytach lektur. Liczba potencjalnych, czekających na zbadanie odnóg tego grafu jest tak wielka, że jestem spokojny. Nigdy nie będę sam, nigdy nie będę się nudził.

Od podstawówki czytałem też sporo książek technicznych, zwłaszcza dotyczących programowania. Z kolei w ciągu ostatnich dwóch lat odkrywałem piękno w prostocie matematyki. Po pracy zaglądałem do algebry liniowej, rachunku różniczkowego i całkowego, czy teorii prawdopodobieństwa. Literatura przez wielkie „L” zeszła na dalszy plan, choć ostatnio powrót w tym kierunku napędzają eksploracje warszawskie.

Kilka miesięcy temu gdzieś na blogu ktoś spytał, według jakiego klucza dobieram lektury. Odpowiedziałbym tak: poszukiwania trwały długo, lądowałem nawet na manowcach ero-horrorów, ale ostatecznie znalazłem swoje tropy. Aby pójść moim śladem wystarczy zajrzeć do Herlinga-Grudzińskiego albo Ryszarda Kapuścińskiego (w tym celu głównie Lapidaria) i iść przed siebie. Odciski moich stóp będą na co drugim zakręcie.